niedziela, 29 grudnia 2013

święta, święta...

Święta, święta i ... znów dieta. Czas powrócić do rzeczywistości. Spędziłam wspaniały czas z moją rodziną, przegadaliśmy długie godziny i wypiliśmy litry herbaty. Jednak wszystko, co dobre szybko się kończy :)
Od stycznia znów wracam na swoją kochaną siłownię. Zdrowe odżywianie i codzienne ćwiczenia. Stęskniłam się za tym. Zauważyłam, że myślenie o jedzeniu stało się moją małą obsesją. Ciągle wydaję mi się, że gdy zjem coś "nadprogramowego" przytyję. Dobrze, ze mam dobrego MOTYWATORA w postaci mojego faceta. Cytat: "Moja kobieta powinna być szczupła" działa cuda. Naprawdę. Szkoda tylko, że czasem za bardzo biorę sobie jego słowa do siebie. Staram się, ale to nie moja wina, ze zrobienie sobie wspaniałej sylwetki to długie godziny treningów, które czasem nie dają natychmiastowych efektów.

Tymczasem Sylwester spędzam z moimi znajomymi z mieszkania i uczelni w Zamościu ;) Nigdy nie byłam w tamtych rejonach dlatego jest do dla mnie całkiem nowe doświadczenie! Niezmiernie się cieszę.

1 styczeń - dieta, dieta, dieta, dieta, dieta..........

wtorek, 17 grudnia 2013

"Pokolenie Borderline"

Zainspirowana artykułem "Pokolenie Borderline" z czasopisma "Sens" (wydanie grudniowe) postanowiłam napisać parę słów na temat tego zaburzenia osobowości. Skąd taki pomysł? Zauważyłam ostatnio u siebie niesamowite chwiejności nastrojów. Od kilku/kilkunastu dni wstaję rano ze łzami w oczach, nie mam siły się podnieść, nic mi się nie chcę. Najchętniej przykryłabym się kocem i leżała cały dzień w łóżku, a co najważniejsze: "Niech nikt nic do mnie nie mówi i niczego ode mnie nie chce!" Jednak, gdy już zdam sobie sprawę, że prędzej czy później będę musiała się ubrać i wyruszyć np. na uczelnię zaczynam się uśmiechać i cieszyć, że mam jakieś zajęcie i plany na nadchodzący dzień. Później znów dopada mnie chandra, ażeby podczas ćwiczeń na siłowni cieszyć się z każdego kolejnego "brzuszka". Oczywiście, do łóżka idę w złym humorze, że tak mało zrobiłam i zmarnowałam kolejny dzień. 
Pozwolę sobie teraz zacytować fragment artykułu: " Niejasny obraz samego siebie, w tym swoich celów, dążeń, preferencji. Uczucie wewnętrznej pustki. Skłonność do wchodzenia w niestabilne, ale intensywne związki, które często prowadzą do kryzysu emocjonalnego. Podejmowanie prób i wkładanie wysiłku w to, by nie zostać porzuconym (...) Do tego dochodzi tendencja do konfliktów i podejmowania działań bez rozważania konsekwencji, wybuchy złości, zmienne nastroje i brak satysfakcji z działań, które nie przynoszą natychmiastowych gratyfikacji. (...) "

Skądś znam ten fragment. Z własnego życia? Kiedyś byłam osobą pewną siebie, z konkretnym planem na przyszłość i celami, do których dążyłam. Teraz nie wiem jak będzie wyglądało moje życie za rok. Wydaję mi się, że chwilowo straciłam w ogóle nad tym kontrolę. Doczytałam w Internecie, że bardzo często na schorzenia typu Borderline zapadają osoby z tzw. "pokolenia T" czyli ci, którzy urodzili się podczas przemian ustrojowych. Mają obecnie 18-22 lata. Ja w lipcu kończę 22... Niekoniecznie te dwa fakty muszą być ze sobą powiązane. Może specjalnie szukam wytłumaczenia dla swoich często irracjonalnych zachowań. Sama nie wiem. 

Na koniec umieszczę jeszcze jeden cytat z tego artykułu, który notabene gorąco polecam. Fragment nie jest związany z moim postem, ale niesamowicie mi się spodobał i długo nad nim debatowałam w swojej głowie: " Jesteśmy zakochani w ideale miłości, ale nie w niej samej. Wiemy, jak byśmy chcieli kochać i jak byśmy chcieli być kochani, ale samo kochanie nie bardzo nam wychodzi" ...



Miłego wieczoru, kochani. 

niedziela, 15 grudnia 2013

i po strachu

I praktyki już minęły. Bardzo szybko, niestety. Był to niesamowicie pouczający czas, który na pewno zostanie długo w mojej pamięci. Pani Barbara, nasza opiekunka praktyk, pokazała nam pracę całego Domu Pomocy Społecznej od podszewki. Pisałyśmy pisma sądowe (tzw. "sądówki"), odpowiedzi do Komorników oraz wiele, wiele innych rzeczy. Zaprzyjaźniłyśmy się również z poszczególnymi osobami, które zamieszkują Dom. Przytoczę te niektóre, ciekawsze (oczywiście zmienię imiona).

Karolina (lat 28)

Ostry przypadek schizofrenii. Osoba, która stanowiła zagrożenie dla mieszkańców Domu. Została przewieziona do Kobierzyna. Jej historia zaczyna się od tego, że czuła się gorsza od swojej młodszej siostry. Obie były pięknymi kobietami, które miały znaczne powodzenie u płci przeciwnej. Jednak rodzice faworyzowali tą młodszą z nich. Karolina uciekła z domu i "zaprzyjaźniła się" z krakowską społecznością bezdomnych.
Schizofrenia doprowadziła do tego, że zaczęła wyrywać sobie paznokcie i rąk i nóg, ponieważ widziała, że są brudne. Ostatnio goli sobie głowę maszynką aż do krwi. Samookaleczanie sprawia jej przyjemność. Gdy goli sobie nogi również kończy się ostrymi ranami.
Zaatakowała starszą kobietę - mieszkankę Domu - ponieważ brzydzi się starości. Nienawidzi osób starszych, ponieważ sama boi się ich boi.
Jest całkowicie ubezwłasnowolniona i Sąd stara się nałożyć na nią detencję, czyli dożywotni pobyt w szpitalu psychiatrycznym.

Ela ( lat 50)
Również schizofrenia, urojeniowa. Za młodu urodziła synka. Wówczas rozpoczęła się jej "przygoda" z chorobą psychiczną. Mąż ją zostawił z dzieckiem. Ona rozumiejąc, że nie będzie w stanie go dobrze wychować, oddała mu maluszka i udała się na leczenie. Ojciec jednak nie potrafił tego odpowiednio wytłumaczyć i obecnie syn, który ma już swoją rodzinę i mieszka za granicą, nie che mieć żadnego kontaktu ze swoją matką.
Kobieta pisze do niego wiele listów, jednak nie uzyskuje żadnych odpowiedzi. Bardzo ją ten fakt przygnębia.

Katarzyna ( lat 27)
Problemy osobowościowe. Większość swojego życia spędziła jako prostytutka. Zaszła w ciążę w szpitalu psychiatrycznym, tam również poznała swojego męża. Po kryjomu pobrali się jednak małżeństwo zostało unieważnione z racji trudnej sytuacji psychicznej pary. Jednak dziecko się urodziło. Mężczyzna próbuje w Sądzie przejąć prawa rodzicielskie do dziecka (chociaż w rzeczywistości to nie on jest ojcem).
Obecnie Katarzyna znajduje się w Domu a jej opiekunem prawnym jest Pani Barbara.

Dowiedziałyśmy się, że często zdarza się, że pracownicy socjalni zostają opiekunami prawnymi mieszkańców, ponieważ nikt inny się na to nie "pisze". Jest to zobowiązanie do śmierci albo mieszkańca albo samego opiekuna prawnego. Odpowiedzialność niesamowita, ale skoro jest taka konieczność?

Przypadki są różne, najróżniejsze. Nie będę przytaczać wszystkich, bo nie starczyło by czasu. Tak jak wspomniałam wyżej, przeżycia niesamowite. Najlepsze praktyki na jakich mogłam być.

Pozdrawiam!!! ;*

wtorek, 3 grudnia 2013

Skalpel - stypendium - praktyki ;)

Od 10 grudnia rozpoczynam praktyki (już ostatnie) w Domu Pomocy Społecznej dla osób psychicznie chorych. Zostaliśmy podzieleni na dwie grupy i moja startuje akurat w następny poniedziałek. Osoby, które już rozpoczęły mówią, że są tam naprawdę ciężkie przypadki.
Na szczęście my mamy praktykę jako pracownicy socjalni, a nie przykładowo psychologowie czy pielęgniarki. Są to już ostatnie praktyki i ostatni możliwy wpis do CV i zdobycie tzw. "kontaków" w instytucjach pomocy społecznej. Mam już doświadczenie w pracy z dziećmi z Domu Dziecka, w organizacji pozarządowej SIEMACHA oraz w krakowskim MOPSie. W niektórych placówkach nauczyłam się sporo, w innych nieco mniej. Zobaczymy, co będzie tym razem.

Tydzień temu doszła do mnie płytka Ewy Chodakowskiej "Skalpel - Wyzwanie". Jest to zupełnie nowy program ćwiczeń, który dość znacznie różni się od jej wcześniejszych propozycji. Wydaje się początkowo łatwy, ale jest bardzo dokładny i mimo wszystko, intensywny. Mięśnie dość mocno się trzęsą po takim treningu, co świadczy o sporym wysiłku ;) Z racji tego, że już trochę jestem wdrożona w treningi (REGULARNE!) jestem przyzwyczajona do wysiłku, lecz zakwasy na drugi dzień są. Stosuje ten trening zamiennie z ćwiczeniami z MEL B.
Przyjechałam na tydzień do domu, bo nie mam zajęć na uczelni dlatego odpuściłam na razie siłownie. Muszę nie wypaść z formy, więc koncentruję się na ćwiczeniach w domu. Wiem, że i tak później ciężko jest wrócić na siłownie, dlatego nie chcę sobie tego jeszcze bardziej utrudniać.

Kończę jedną bardzo pozytywną dla mnie wiadomością: udało mi się uzyskać stypendium rektora dla najlepszych studentów !!! Jestem niesamowicie szczęśliwa i dumna z siebie, ponieważ pierwszy raz będę dostawać pieniądze regularnie i nie będą to fundusze moich rodziców! ;)

Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytających ;)

niedziela, 24 listopada 2013

"Mamo, mamo! Kocham Cię!"

Byłam dzisiaj świadkiem niesamowitej sceny w tramwaju. Może dwuletnia dziewczynka siedziała w wózku, mama wraz z tatą byli na siedzeniach obok. Mała zainteresowana była kawałkiem gazety, który umiejętnie miętosiła w rączce. Po chwili krzyknęła na cały tramwaj: "Mamo, mamo! Kocham Cię, wiesz?" Owa mama uśmiechnęła się do swojej pociechy i aż oczy jej się zaświeciły. Cóż to musi być za niesamowite uczucie wiedzieć, ze stworzyło się taką małą istotkę, która kocha Cię z całego serca i dla której jesteś całym światem.
Mamy swoich rodziców, których na co dzień nie doceniamy. Nie zauważamy, że bez nich życie byłoby jakieś 200% trudniejsze, bardziej wymagające... Na co dzień nie doceniamy w ogóle nic, co zostało nam dane. Natomiast, gdy już tego nie ma, zdajemy sobie sprawę jakie to było cenne. Jaki ten ktoś był ważny.
Nie wiem dlaczego wzięło mnie na takie sentymenty. Może to ta jesienna pogoda z oknem, może ta dzisiejsza sytuacja w tramwaju.
Chyba obudził się we mnie instynkt macierzyński. Chyba najwyższy czas. Gdy pomyślę, że mama w moim wieku miała już brzuszek ciążowy... W dzisiejszym świecie wszystko się poprzestawiało. Kobieta rodzi swoje pierwsze dziecko średnio po 29 urodzinach. Czy to jest normalne? Ale kiedy mamy znaleźć czas na rodzenie tych dzieci? Najpierw studia, nauka... Później trzeba znaleźć pracę (cud jeśli w ogóle się ją znajdzie). Następnie jest czas na karierę zawodową i budowanie swojej "pozycji". To trochę trwa. A później budzimy się, że nie mamy ani bliskiej osoby przy boku, ani planów odnośnie zakładania rodziny a do najmłodszych też już się nie należy. I co wtedy?
Wydaję mi się, że w dzisiejszym świecie poprzestawiały nam się priorytety oraz system ogólnie przyjętych wartości. Na pierwszym miejscu jest pieniądz, dopiero później rodzina. Ale czy bez pieniądza jest sens zakładania rodziny? Jest to swoisty ciąg przyczynowo-skutkowy. Mamy pieniądze (harujemy całymi dniami nie mając czasu na NIC!), nie mamy czasu na rodzinę. Mamy czas, wówczas z pieniędzmi jest słabo, albo na dzieci jest już za późno. Taki ten świat skomplikowany.
Najważniejsze, żeby zdać sobie sprawę z tego, że życie nam ucieka... I z niektórymi rzeczami nie możemy czekać na ostatnią chwilę. Nie mówię, że teraz pragnęłabym zostać mamą, bo jestem zbyt mało dojrzała (może nawet  w ogóle.... ?), ale chciałabym przytulić kogoś, kto będzie całkowicie mój (i mojego partnera/męża). Kogoś dla kogo się żyje, pracuje, poświęca każdą minutę. Kogoś kogo się ślicznie ubiera, czesze... <3

Koniec wywodu na temat macierzyństwa. Agnieszka, dość! ;)

piątek, 15 listopada 2013

Kolejny miesiąc, kolejne cele

Niedawno skończył mi się karnet na siłownię i zajęcia fitness w klubie Platinum. W niedziele wykupię nowy, ponieważ bardzo mi się podobało. Przez ten miesiąc chodziłam na różne ćwiczenia grupowe, m. in. Brzuchomania (intensywne ćwiczenia na brzuch dzięki, którym w końcu zaczynają pojawiać się zarysy mięśni brzucha! ), ATB ( "ogolnorozwojowe" ćwiczenia kształtujące sylwetkę), STEP (zajęcia, które chyba najbardziej mi się podobają, ponieważ ćwiczą nie tylko mięśnie i poprawiają kondycję, ale również pracują nad moją pamięcią, aby ogarnąć te wszystkie choreografię). Co tydzień zmieniam zajęcia, żeby przypadkiem któreś mi się nie znudziły.
W niedziele zapisałam się również na ZUMBĘ. Nigdy nie byłam, ale słyszałam o niej same pozytywne rzeczy.
Dzisiaj zamówiłam sobie również nową płytkę Ewy Chodakowskiej "Skalpel - wyzwanie". Jest to kolejna seria. Do tej pory nie ćwiczyłam z Ewką regularnie, tylko dlatego, że wolałam zdecydowanie MEL B. Ale odkąd zapisałam się do jej fanpage'u na Facebook'u i zobaczyłam te wszystkie listy i zdjęcia kobiet, które przeszly metamorfozę, postanowiłam że też spróbuję. Zrobię sobie zdjęcie przed miesiącem ćwiczeń z Ewą i po. Efekty wstawię może nawet tutaj ;) Zależy czy będą znaczne.
A co do diety... cóż. Na pewno pozostawia wiele do życzenia, ale nie jest aż tak źle. ;) Oczywiście, będzie lepiej!



poniedziałek, 11 listopada 2013

Życie jest jak teatr

Życie jest jak teatr, w którym każdy z nas ma do odegrania swoje osobiste role. Tylko od nas, tak naprawdę, zależy jak nasze losy się potoczą. Dla niektórych najważniejszą życiową rolą będzie realizowanie się jako prezes wielkiej korporacji, a dla innych bycie dobrą matką czy też ojcem. Dlaczego pojawiły się w mojej głowie takie przemyślenia? Z powodu pisania pracy licencjackiej na temat "funkcjonowania w roli kobiety we współczesnym świecie". 
Leżę sobie teraz pod kocem, rozpaliłam sobie w swoim pokoju świeczki i zastanawiam się nad tym jakie role mi zostały przypisane w życiu. Na chwilę obecną jestem córką, studentką, dziewczyną. Czy poradzę sobie, gdy pojawi się również rola żony i matki? Czy każdy nadaje się do pełnienia takich ról?
Życie kobiety we współczesnym świecie jest niezwykle stresujące. Potencjalnie jeszcze tego nie wiem (bo właśnie to mam udowodnić lub obalić w swojej pracy licencjackiej), ale według mnie jest to szczera prawda. Niedość, że muszą pracować, czasem dokształcać się to w dodatku nierzadko są matkami dwójki czy trójki dzieci, żoną zapracowanego faceta oraz córką starzejących się rodziców.

 Jak to wszystko pogodzić? Gdzie znaleźć sposób na pogodzenie tych funkcji jednocześnie?

Życie jest jak teatr.

środa, 16 października 2013

Dni, których jeszcze nie znamy...



Przepraszam, że zapuściłam się w pisaniu postów. Trochę brakuje mi na to czasu, bo już w pełni wdrążyłam się w Kraków i obowiązki, które tutaj na mnie czekają ;) Na uczelni mam dużo mniej zajęć niż w ubiegłym roku akademickim, więc trochę więcej czasu mogę poświęcić sobie. ( zabrzmiało to jakbym do tej pory o siebie nie dbała :D) Zaczyna się pojawiać mój kochany obojczyk. Co prawda, to dopiero zalążki, jednak lepsze to niż nic!

Wesele, wesele i po weselu. Świetnie się wybawiłam, poznałam nowych ludzi, nogi bolą mnie do tej pory! Było trochę inaczej niż na pozostałych weselach, na których dane mi było być. Kameralnie (tylko 50 osób), kulturalnie (bez pijaństwa!) i nastrojowo (bo w świetnym gronie ludzi). Sukienka sprawdziła się w stu procentach, nie zawiodła mnie. Partner na wesele również ;) czy ja sprawdziłam się jako partnerka? Mam cichą nadzieję, że tak. Na szczęście, nie "pogrzeszyłam" z jedzeniem, ponieważ o dziwo nikt nic mi nie wpychał! Wolałam tańczyć i spalać kalorie niż siedzieć przy stole, sałatkach, ciasteczkach i wpychać w siebie niezliczone ilości jedzenia. T. jest rewelacyjnym tancerzem, dawno tak dobrze nie tańczyło mi się z mężczyzną.
A co u mnie? Chodzę regularnie na fitness, liczę kalorię, chyba chudnę. Niestety, nie z tych części ciała, na których mi zależy... Ech, życie kobiety nie jest usłane różami. Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo, prawda?
Skąd ta piosenka na początku postu? Bo ukazuje jak nieobliczalne jest nasze ludzkie życie. Nigdy nie wiemy, co nam przyniesie kolejny dzień i to jest piękne. Oczywiście, plany są dobre,  ale dlaczego tak często nic z nich nie wychodzi? Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Ja w swojej głowie mam mnóstwo planów na przyszłość, ambitnych i tych trochę mniej. Nie wiem, co przyniesie mi życie, jednak szczerze liczę na to, że będzie dobrze. Musi być! ;) Teraz jestem szczęśliwa. Znów zasypiam i budzę się z uśmiechem na twarzy. Chwilo, trwaj!

niedziela, 29 września 2013

Początki!

Od 1 października przechodzę na ostrą 12-dniową dietę. Teraz mogę już powiedzieć, że właśnie w sobotę 12 października wybieram się na ślub i wesele. Nie chcę wyglądać wtedy jak "towar" z przeceny, tylko jak ten z najwyższej półki. Nie po to katuję się dietami i ćwiczeniami, ażeby później czuć się niekomfortowo :) Myślę, że taka 12-dniowa dietka pomoże mi w tym. Wiem, że później dzięki cudownemu  jo-jo wrócę do wagi sprzed diety, ale zależy mi na efekcie jednodniowym.
Kupiłam już sukienkę! Rozmiar 36 ;) Chociaż, co mnie niesamowicie ucieszyło, 34 również było dobre! ;) Pani w sklepie powiedziała, że mam świetne wycięcie w talii dlatego większość sukienek do mnie pasuje. Pewnie płacą jej za to, żeby tak mówiła, dlatego też nie wzięłam sobie głęboko tego do serca. Ogólnie ostatnio zauważyłam, że nauczyłam się filtrować pochwały od ludzi. Wiem, że niektórzy nawet, gdyby było bardzo źle, by mi tego nie powiedzieli ;)
Od wtorku koniec z pieczywem (nawet ciemnym), jogurtami słodzonymi, słodkimi owocami i soczkami. Na pedestale stawiam jogurty naturalne, serki wiejskie i warzywa. Oczywiście, zero słodyczy! Powinnam sobie również odmówić alkohol, ale wiem, że z tym będzie ciężko. :D
Już pokażę Wam moją sukienkę --> TU. Ma w sobie coś takiego, że od razu przypadła mi do gustu.
Od wtorku również przeprowadzam się na nowo do Krakowa, zaczynam nowy rok akademicki i nowe wyzwania. To będzie ciężki rok, ponieważ będę miała dwa egzaminy językowe - z angielskiego i rosyjskiego - a także obronę pracy licencjackiej. Ale wierzę, że sobie poradzę. Bo jak nie ja to kto? ;)

Pozdrawiam!

poniedziałek, 23 września 2013

Rozważna czy romantyczna?

Zdecydowanie bardziej romantyczna. Dzisiejszy dzień jest idealny, aby zajrzeć do jednej z moich ulubionych pozycji książkowych, mianowicie "Rozważnej i romantycznej" Jane Austen. Udało mi się ją znaleźć na bazarku we Wrocławiu. Pogoda nie sprzyja wychodzeniu z domu, dlatego dzisiaj stawiam na relaks, ćwiczenia i przemyślenia.

Pytanie, które postawiłam w temacie mojego postu nie jest przypadkowe. Uważacie, że osobom, które w życiu kierują się bardziej sercem niż rozumiem, jest trudniej? Ja zdecydowanie często cierpiałam z mojego emocjonalnego podejścia do wielu spraw. Jednak, gdy człowiek już rodzi się taką osobą, czy może się zmienić i nagle stać się realistą? Bo cóż poradzić, że rozczulają mnie czerwone róże, że płaczę na Toy Story 3, że potrafię gdybać i rozmyślać godzinami o tematach, które de facto nie mają żadnego znaczenia? Wiem, że to uciążliwe, ale lubię siebie taką - pieprzoną romantyczkę.
Jak już wcześniej wspomniałam wiążę swoją przyszłość z prawem. Absurd? Niekoniecznie. Może właśnie ten kierunek studiów pomoże mi w znalezieniu równowagi w całym tym świecie. Że trochę spoważnieje i podejdę do wielu spraw z ROZUMEM, a nie emocjami. Przeczytałam wcześniejsze komentarze do posta, w którym poinformowałam Was, że chcę za rok iść na prawo. Usłyszałam, że moje myślenie jest płytkie, ponieważ chcę leczyć kompleksy studiowaniem "elitarnego" kierunku. Nie powiem, że mnie to nie zabolało, ponieważ zostałam źle zrozumiana. Nie chcę studiować tego kierunku tylko dlatego, że MOŻE (podkreślam słowo może) zapewnić mi on dobrą przyszłość pod względem finansowym. Po prostu czuję, że w ten sposób mogę podnieść swoją samoocenę, mogę rozwijać się pod trochę innym kontem niż dotychczas. Nie będę mówić, że interesuje mnie stado ustaw, których będę musiała się uczyć. Ale zapytajcie studentów prawa czy są zafascynowani np. prawem spadkowym? Każdy z nich idąc na studia kierował się trochę innymi pobudkami niż miłość do kodeksu karnego. Wszystko wychodzi w toku studiów. Wówczas każdy znajduje swoją "branże", której poświęca zdecydowanie więcej czasu. Nauka wtedy sprawia im przyjemność, a egzamin wydaje się banalny. Trudno jest mi na chwilę obecną określić, która dziedzina prawa może mnie zafascynować. Wydaje mi się, że na wszystko przyjdzie czas. ;) Nie chcę się również nikomu tłumaczyć z moich wyborów. Czuję, że jest to dobry pomysł na siebie i na swoją przyszłość. Chciałabym zrealizować ten cel, ale został mi jeszcze rok i z doświadczenia wiem, jak wiele przez ten czas może się zmienić.

wtorek, 17 września 2013

Droga do sukcesu

Dobry wieczór, kochani! Ostatnio spotkałam się z pytaniami w moim kierunku, czy jestem chora... Na początku nie wiedziałam dokładnie o co chodzi, ale później się domyśliłam. Zrobiło mi się trochę przykro, gdy uświadomiłam sobie, że ludzie myślą, że choruję.
Moje życie od ostatnich trzech lat diametralnie się zmieniło. Mówię tutaj o moim wyglądzie, podejściu do samej siebie i mojego zdrowia. Kiedyś nie zwracałam uwagi na to, co jem; o której jem; dlaczego jem skoro nie jestem głodna... Teraz? Myślę o tym codziennie. Co nagle stało się w moim skromnym życiu, że postawiłam na zmiany? Zobaczyłam jedno zdjęcie. Sprawiło, że płakałam bardzo długo. To był dla mnie policzek. Sama siebie spoliczkowałam. Stwierdziłam, ze tak być nie może i cała machina ruszyła. Rozpoczęłam swoją przygodę od słynnej diety białkowej - Dr. Dukana. Schudłam 15 kg. Niesamowity wyczyn. Niestety, dopadł mnie skromny efekt Jo-Jo. Skromny, ponieważ nigdy nie wróciłam do wagi sprzed diety. I nigdy nie wrócę.
Kolejna dieta rozpoczęła się rok temu - w październiku 2012. Dlaczego? Sama nie wiem. Chyba znów zrozumiałam, że dzieje się z moim ciałem coś złego. Że tracę kontrolę nad jedzeniem i zapominałam się ograniczać. Jestem osobą, która musi zwracać uwagę na swoje posiłki, ponieważ mam tendencje do tycia. Trzeba się z tym pogodzić. Od października do teraz zrzuciłam 9 kg.

Chciałam zrobić sobie taki bilans zysków i strat. Dzisiaj zapisałam się do siłowni Pure w Krakowie. Jest to duży cios dla mojej kieszeni, ale będzie się opłacało! Zaczynam od października.  Od dzisiaj również podjęłam nowe wyzwanie ćwiczeń z Mel B. Za 31 dni opowiem Wam o efektach. Cały poprzedni miesiąc ćwiczyłam z programem MiaszMasz (takie facebook'owe "wyzwanie"). Efekty widać, ale dzięki siłowni, nie temu "wyzwaniu". Ćwiczenia nie były w ogóle męczące. Trochę żałuję tego czasu.
Moim celem obecnie jest 53 kg na 12 października. Do końca roku - 50 kg.

Chciałam Wam również pokazać zdjęcie, które zmieniło moje życie, aby lepiej zobrazować (również samej sobie) moje osiągnięcia. Tym samym podkreślam, że nie jestem chora. Znam granice i nigdy ich nie przekroczę. Panuję nad tym. Gwarantuje Wam ;)

styczeń 2011

lipiec 2013


sierpień 2013

niedziela, 15 września 2013

Marzenia się spełnia!

Każdy z nas kreuje swoje własne otoczenie. Umiejętnie wybieramy sobie znajomych, ścieżkę kariery, miejsce zamieszkania. Jednak mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Często spotykam się z ludźmi, którzy mimo, że są naprawdę wartościowi, nie potrafią zrozumieć, że cały los leży w ich własnych rękach. To czy ktoś ma 15 czy 45 lat nie ma żadnego znaczenia. Wiadomo, że ludzkie plany i marzenia ulegają ciągłym modyfikacjom, i bardzo dobrze! Życie byłoby nudne, gdyby każdy wiedział, co wydarzy się w przeciągu najbliższych paru lat. Najważniejsze jest to, żeby zdać sobie z tego, że nasz los zależy tylko i wyłącznie od nas. ;) A to, że niektóre rzeczy są nam już przypisane dużo wcześniej, na to wpływu już nie mamy.

Dzisiaj uświadomiłam sobie jak bardzo zależy mi na jednej rzeczy. Jak wiecie mam olbrzymie problemy z poczuciem własnej wartości, moje kompleksy często mnie przytłaczają i sprawiają, że życie (chociaż moje jest bardzo kolorowe!) staje się szare. Nie wiem czy kiedykolwiek sobie z tym poradzę, ale chcę zrobić jedną rzecz dla siebie. Chcę rozpocząć za rok studia prawnicze. I właśnie, pewnie wiele osób pomyśli sobie, że to szalony pomysł dla osoby w moim wieku (obecnie dwadzieścia jeden lat), ponieważ będę miała około 30 lat, gdybym skończyła ewentualną aplikację. Ale co z tego? Mam sobie całe życie później wypominać, że tego nie zrobiłam? Wiem, że w ten sposób podwyższę swoją samoocenę, może pokonam przynajmniej część kompleksów. Prawo niegdyś było bardzo elitarnym kierunkiem studiów, teraz mogę śmiało powiedzieć, że to "masówka". Mimo to, czuję że chce spróbować, chcę się sprawdzić i zrobię WSZYSTKO żeby mi się udało. Przeczytałam dzisiaj na jednej ze stron, że "marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia". Więc za rok o tej porze napisze Wam, że jestem studentką I roku prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim :)
Zmiana tematu. Dziękuję za wszystkie miłe słowa w komentarzach. Naprawdę doceniam Wasze zainteresowanie moją osobą. Rozumiem też zaniepokojenie moimi ostatnimi zmianami w życiu. Zaufajcie mi, że wiem, co robię.
Pozdrawiam wszystkich gorąco i dziękuję jeszcze raz, że jesteście.

PS. Jestem bardzo szczęśliwa!
PS2. - Do początku roku akademickiego zostały dwa tygodnie. Plan na ten czas:

  • powtórzyć materiał z rosyjskiego,
  • powtórzyć materiał z angielskiego (angielski parę ostatnich zajęć, głównie słownictwo),
  • pobiegać aby nie stracić kondycji do października (bo skończył mi się karnecik na siłownie),
  • doprowadzić mój laptop do stanu używalności przed nowym rokiem akademickim, 
  • pić codziennie dwie czerwone herbatki - rano i wieczorem, 
  • uważać na żywieniowe "wpadki" [!!!]
  • do 12 października ważyć 53 kg

wtorek, 10 września 2013

Coś się kończy, by coś zacząć mogło się.

Poznałam kogoś. Wiem, że teraz zostanę pewnie okrzyknięta osobą rozchwianą emocjonalnie, ale to jest jedyne miejsce, w którym mogę powiedzieć wszystko, o wszystkim. Tak to prawda, że POWINNAM dać sobie odpoczynek od jakichkolwiek związków, bo to źle wygląda. Nie szukam też w tej nowo poznanej osobie pocieszenia po czteroletnich zmaganiach damsko-męskich. Można powiedzieć, że spotkał się facet po przejściach i kobieta z przeszłością.
Nie oczekuję od Was, że pogłaskacie mnie po głowie i powiecie, że dobrze robię. Wiem o tym. Ale o postanowiłam, że nie chcę się nikomu tłumaczyć z mojego postępowania. Ostatnimi czasy zrozumiałam jak bardzo biorę do siebie słowa innych osób. Wiem, że czasem chcą one dla mnie jak najlepiej, ale ja żyję SWOIM życiem, a one swoim. Nikt nigdy nie zrozumie mnie tak dobrze jak ja sama. Może to zbyt szybko na angażowanie się w coś nowego, może nie wypada... Ale dlaczego całe życie mam funkcjonować według scenariusza przypisanego mojej osobie? Czy człowiek jest tylko laleczką w teatrze, który odgrywa rolę przez całe swoje życie? Nie wiem skąd biorą się w mojej głowie te pytania.
Sama nigdy nie zachowywałam się tak spontanicznie jak teraz. Nie mówię, że przestałam myśleć o D. i naszym związku. Zastanawiam się najbardziej nad jednym: Dlaczego chciałam właściwie wyjść za niego za mąż nie będąc pewna swoich uczuć?! Gdzie był mój rozum? Osobiście mnie to trochę przeraża, ponieważ mogłam wpakować się w naprawdę ciężką sytuację. Mój związek z D. będę wspominać dobrze, bo on nie zasługuje na jakiekolwiek karcenie z mojej strony.
Jestem szczęśliwa? Tak. Chociaż moje życie się zmienia, czuję, że idzie ono w dobrym kierunku. Boję się angażować, chociaż sama nie wiem, czy już tego nie zrobiłam... Emocje mną zawładnęły. Rozum schował się daleko. Już się przyzwyczaiłam, że zazwyczaj w moim życiu serce prowadzi prym. Człowiek, którego poznałam (właściwie jeszcze go nie znam, dopiero się spotykamy) jest bardzo wartościową osobą, która dąży w życiu do określonych celów, wie czego chce i nie spoczywa na laurach. Ciągle chce osiągnąć więcej, czym bardzo mnie imponuje. Mógłby być dla mnie przykładem, bo wiecie jakie mam problemy z własną samooceną. On wierzy, że potrafi coś zrobić najlepiej. Nie jest zapatrzony w sobie, tylko ceni swoją wartość. To niesamowita osoba! Nie chcę go wychwalać, bo tak jak wspomniałam wcześniej dopiero się poznajemy. Zobaczymy jak nasze losy się potoczą. Wiem, że ta osoba zasługuje na szczęście, bo dostał od życia już trochę popalić. I z całego serca tego szczęścia mu życzę. Sobie również.
Pozdrawiam,
Agnieszka.

piątek, 6 września 2013

ZMIANY!

Witajcie! Nie odzywałam się przez długi okres czasu, ponieważ w moim życiu naprawdę wiele się zmieniło. Pamiętacie jak wspominałam o konfliktach z moim narzeczonym. Wszystko okazało się dużo bardziej poważne niż wydawało się początkowo. Nie będę rozpisywać się tutaj na ten temat, bo ciągle to zbyt boli. Nie jesteśmy razem. To krótkie zdanie opisuje wszystko.
Radzę sobie ze wszystkim jak tylko potrafię, ale nie wiem dlaczego ostatnio życie daje mi tak ostro popalić. Z pracą nie wyszło, z Krakowem nie wyszło, z wolontariatem również... Teraz jeszcze to. Powinnam przyjąć dewizę, że "co nas nie zabije, to nas wzmocni", ale zaczynam powoli tracić siły. To ja podjęłam decyzję o rozstaniu, dlatego większość moich znajomych się ode mnie odwróciła. Chcę tym bardziej chcę już październik, naukę i zmianę otoczenia. Potrzebuję odpoczynku i zmian.
Dużo ćwiczę, jeżdżę na rowerze i myślę. Mam zbyt dużo czasu, dlatego trapią mnie pesymistyczne wizję. Tym bardziej, że zbliża się październik a wraz z nim jesienne depresje.
Na szczęście znalazłam z A. i Ł. mieszkanie w Krakowie, więc przynajmniej mam gdzie uciekać od tego lokalnego nieszczęścia tutaj. Pod koniec września podpiszemy umowę i będę mogła się przeprowadzić. I znów uwierzyć, że życie nie jest takie złe i zawsze później wychodzi słońce.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Chcę październik!

Obejrzałam "Sekret" i co mogę o nim powiedzieć? Motywuje, zachęca do planowania swojego życia. Oczywiście, trzeba trochę podejść do tego z przymrużeniem oka, ale przykłady które zamieszczone są w filmie, dają do myślenia. Może coś w tym jest? Myślenie, że "Sekret" istnieje wśród nas, na pewno może nam życie ułatwić, ponieważ obierając sobie jeden, konkretny cel ćwiczymy samozaparcie, systematyczność i trwałość. A to są niewątpliwie cechy, które w dzisiejszym świecie są pożądane.
Ja mam wiele planów, celów, pragnień, które chciałabym zrealizować w przyszłości. Większość znajduje się w jednej z zakładek na moim blogu. Może "Sekret" pomoże mi w realizacji moich życiowych pragnień? Zobaczymy ;).

Dzisiaj wracają moi rodzice z wakacji, z Chorwacji. Wyglądają ślicznie. Szczęśliwi, opaleni, wypoczęci ;) Cieszę się, ze chociaż oni skorzystali z tych wakacji. Ja również odpoczęłam, ale ten odpoczynek powoli zamienia się w rutynę i znudzenie. Jak mówi stare, polskie porzekadło: "Co za dużo, to nie zdrowo". Perfekcyjnie odnosi się ono do mojego życia codziennego. Za dużo wolnego = za dużo nudy! Jestem osobą, która nie potrafi zbyt długo usiedzieć na miejscu, więc zaczynam robić się nerwowa. Ale do października nie zostało dużo czasu, więc wytrzymam. A później spotkania na uczelni z moimi dziewczynami, ploty, kawki, szybkie drinki i obiadki w studenckim gronie! Dużo się zmieni, ponieważ muszę (musimy z A. i jej chłopakiem) znaleźć nowe lokum. Ale szczerze? CHCĘ PAŹDZIERNIK! :*

czwartek, 15 sierpnia 2013

"The secret"

Wczoraj odwiedzili mnie znajomi, ponieważ moi rodzice wyjechali na wakacje, więc korzystam z wolnego lokum ;). Są to ludzie, którzy bardzo mnie inspirują oraz podziwiam ich za uparte dążenie do obranego celu. Po paru kieliszkach rozmowa zaczęła się kleić. Zeszło na temat filmu i książki o tym samym tytule, mianowicie "Sekret". Miał ktoś z nią już do czynienia? Ci znajomi nie są pierwszymi osobami, które korzystają z "Rad" zamieszczonych w tej publikacji.
Film zmienia życie. Gdy znajomi opowiadali mi o nim, widziałam widziałam w ich oczach płomyczki ;). Postanowiłam że dzisiaj wieczorem zagłębię się bardziej w tą tematykę. Jest to cykl rozmów z osobami, które w życiu osiągnęły bardzo wiele i pod względem materialnym oraz bardziej duchowym. Opowiadają oni o tzw. uniwersum, ale nic więcej Wam nie powiem. Nie czytałam książki, ani nie oglądałam filmu, a już wiem że mi się spodoba.
Naprawdę wiele osób mówiła, że korzystanie z "sekretu" pomaga w życiu, zmienia je i... powiem Wam, że zaczynam w to wierzyć. Jeden z moich znajomych parę lat temu nie trzymał się żadnych zasad, imprezował a nauka była mu całkowicie obca. Obejrzał "Sekret", uwierzył, zmienił się. Dzisiaj jest na II roku medycyny na Uniwersytecie Jagiellońskim. Da się? Da. Wszelkie ograniczenia powstają tylko w naszej głowie, tak naprawdę nie ogranicza nas nic!

Dzisiaj jest wolne od wszelkich zajęć, więc poświęcę swój wieczór na poznanie "sekretu". Może i moje życie nagle się zmieni i każde marzenie stanie się rzeczywistością?


wtorek, 13 sierpnia 2013

brak tematu

Odebrałam laptopa, ale dalej nie jest naprawiony. Niestety, wymiana tego zawiasu wraz z dolną obudową kosztuje aż 350 złotych. Nie stać mnie. Da się z niego normalnie korzystać, więc do końca września jakoś wytrzymam - może uda mi się odłożyć trochę gotówki.

Byłam dzisiaj na zakupach w lumpie. Ogólnie nigdy nie mogłam nic dla siebie znaleźć. Może nie miałam wystarczająco cierpliwości a może po prostu źle się tam czułam? Dzisiaj odwiedziłam sklep, ktory polecila mi moja przyjaciółka. Co prawda, ceny były tam całkiem wysokie jak na tego typu miejsce, ale warto tyle zapłacić, naprawdę. Kupiłam sobie torebkę, dwie bluzki oraz spódniczkę. Wszystkie te ciuchy były jeszcze z metką, z Atmosphere. Zapłaciłam za całość 90 złotych. Pewnie niektórzy pomyślą, że to mega dużo, ale dla mnie, osoby która dopiero się wdraża w takie second-hand'y cena jest całkiem przystępna. Za cztery rzeczy w galerii zapłaciłabym pewnie ponad 250 złotych. Wiec mogę powiedzieć, że zaoszczędziłam ;) I bardzo poprawiłam sobie humor! Zobaczyłam zmiany, dzisiaj w przymierzalni. To, że waga stoi w miejscu nie oznacza, że moje ciało nie wygląda lepiej. Już miesiąc chodzę na siłownie i naprawdę widzę i czuję efekty.

Wiem, ze moja dieta pozostawia jeszcze wiele do życzenia, ale wierzę, że osiągnę swój cel 50 kg. Po prostu trzeba dążyć do przodu... i perfekcji. :)
Pozdrawiam!

piątek, 9 sierpnia 2013

nieszczescia chodza parami

Dosc ze stracilam prace, to dzisiaj musialam zaniesc laptopa do serwisu, bo zepsul mi sie juz calkowicie zawias po  lewej stronie. Slyszalam, ze Asus juz tak ma. Musze teraz korzystac z tableta, wiec pisanie nie jest takie proste. Dopoki nie zwroca mi mojego laptopa,  bede musiala korzystac z tego diabelskiego urzadzenia. Dzis tata mi go sprezentowal, jednak jest niewygodny do pisania, jedyne do przegladania stron.
Zeby nie siedziec bezczynnie w domu postanowilam zapisac sie na wolontariat w Domu Pomocy Spolecznej.Bylam dzisiaj na rozmowie i od poniedzialku zaczynam. Dostane umowe wolontaryjna i zaswiadczenie z opinia. Przyda sie podczas szukania pracy ;)
Ostatnio moj narzeczony ciagle pracuje a ja czuje sie troch zaniedbana. W ogole sie nie widujemy. Z tego powodu zaniedbalam rowniez  swoja diete. Zauwazylam, ze gdy jest mi smutno zaczynam jesc... zly nawyk ;(
To tyle. Odezwe sie gdy odzyskam mojego laptopa.

Pamietajcie, SILA JEST KOBIETA!   ;)

PS. Jutro glodowka oczyszczajaca. i niech mnie szlag trafi jesli znow zawale!

środa, 7 sierpnia 2013

Oszukana!

Całą noc rozmyślałam nad tym, co wydarzyło się wczoraj. Moja koleżanka z pracy otrzymała SMS na służbowy telefon. Brzmiał on mniej więcej tak: "Zgłaszam sprawę na Policję. Nie dostałem zwrotu pieniędzy od miesiąca. Gazety też się tym zainteresują, wstrętna oszustko". Gdy mi go pokazała, włosy stanęły mi dęba. Nie wiedziałam, czy brać swoje rzeczy i uciekać czy spokojnie poczekać do 15, aż skończy się dniówka. Nie mogłam w ogóle skupić się na pracy, bo w każdej chwili obawiałam się przyjścia Policji. Doczekałam końca pracy i szybko pobiegłam do komputera. Sprawdziłam, czy w ogóle to, co sprzedaję jest legalne i czy istnieje w Internecie. Okazało się, że ta firma to jedno wielkie oszustwo. Kobieta-kierowniczka niby legalnie oferuje ludziom "pakiet informacji oraz porady doradców", ale to wszystko dostępne jest w Internecie za darmo! Oszukiwałam ludzi, w ogóle nieświadoma że to robię.
Myślałam całą noc jak wyjść z tego bagna. Umowy dalej nie dostałam, chociaż pracuję już miesiąc. Poradziłam się mojej mamy, która zawsze wie wszystko. Powiedziała, że powinnam zrezygnować i już więcej tam nie iść, bo mogę mieć tylko problemy.
Niby właścicielem firmy jest jedna osoba, ale ja tam pracowałam i mogą mnie uznać za osobę, która świadomie czyni przestępstwo. Bo dla mnie takie oszukiwanie ludzi jest przestępstwem, mimo że nie przekracza 200 zł.
Zrezygnowałam. Przestraszyłam się, przyznaję. Może źle zrobiłam, ale chyba za 850 zł miesięcznie nie warto aż tak ryzykować. Później musiałabym szlajać się po sądach za nic. Gra nie warta jest świeczki. Cieszyłam się, że mam jakieś zajęcie, że zarobię sobie parę groszy na tatuaż czy jakiś wyjazd końcem września. Mam nadzieję, ze gdy przyjdę 14 sierpnia po wypłatę to pieniądze otrzymam. Skoro to taka oszustka już niczego nie mogę być pewna.
Współczuję tylko mojej koleżance, która musi tam jeszcze pracować. Zaczęła niedawno mieszkać ze swoim chłopakiem i dopóki nie znajdzie czegoś innego, musi mieć na czynsz. Na szczęście ostatnio skończyła technika farmacji, dlatego teraz będzie mogła zacząć staż w aptece. Mam nadzieję, ze ucieknie z tego padołu.
Zawiodłam się po raz kolejny na ludziach., Dlaczego wszędzie dookoła nas panuje zakłamanie i pożądanie pieniędzy? Rozumiem, że są one ważne w naszym życiu, ale wydaję mi się, że ludzie sobie z tym przestali radzić. Przeraża mnie to. Zawiodłam się również na sobie, że lepiej nie sprawdziłam tej pracy. Mogłam się czegoś domyślić, po tym jak nie znalazłam na temat tej firmy żadnych informacji na stronie poświęconej dotacjom unijnym. Eh, błędy uczą. Znów jestem bezrobotna.

czwartek, 1 sierpnia 2013

"Pani Domu"

Rodzice mojego D. wyjechali na wakacje, na tydzień, więc przeprowadziłam się do niego. Aż 2 minuty od mojego domu, bo jesteśmy sąsiadami. Taka, "uliczna" miłość. Dietę szlag trafił. Mój D. świetnie gotuje i nie umiem powstrzymać się od smakowania jego obiadków. Postanowiłam, że wrócę na właściwą dietetyczną drogę już we wrześniu.
Chodzę dalej na siłownię, około 2,5 godziny dziennie. Wiem, że to co zjem na obiad, spalę. Ale czuję się źle z tym obżarstwem. Nie wiem, jak będzie wyglądać moje menu jak już na stałe zamieszkamy razem, za rok. Muszę to jakoś zaplanować.
Chodzę do pracy, później od razu jadę na siłownie, jem obiad i spędzamy z D. wspólne wieczory. Jest idealnie. Jestem szczęśliwa. ;) Tylko, gdyby D. nie był kucharzem... Hm. Jednak wydaję mi się, że taka odskocznia od ciągłego liczenia kalorii i życia jedzeniem, przyda mi się. Czułam, że w mojej głowie zaczynało się źle dziać. Nie, to nie była anoreksja. Nigdy nie będę chora. Jestem za słaba na to.
Pozdrawiam gorąco.


PS. Dodaję krótki film, który komentuje dzisiejszy dzień. Mianowicie 69. rocznice Powstania Warszawskiego. Wokół tego wydarzenia ostatnimi czasy rozpętało się dużo niepotrzebnego "gadania". Tak, nazwę to gadaniem, ponieważ według mnie jest ono niesmaczne. Całkowicie zbędne. Gdyby nie ludzie, którzy walczyli o naszą niepodległość (WALCZYLI, niekoniecznie zwyciężyli), nie było by Polski, nie byłoby nas, nie byłoby naszych rodziców i dziadków... Trzeba pamiętać, szanować i starać się zrozumieć, a nie krytykować. Bo nikt z nas nie żył w tych czasach, dlatego też naprawdę nie posiadamy prawa negowania postępowania tego czy innego człowieka. Moje zdanie. Moja opinia. 

PS 2. Kończę "Arabską krew" :( Macie jakieś książkowe propozycje na wakacyjny czas? Tematyka dowolna. Upajam się wszystkim, co ma kartki i pachnie dobrą książką. (Może oprócz kryminałów i horrorów).

czwartek, 25 lipca 2013

Nobody is perfect

Mój humor i nastrój zmienia się jak w kalejdoskopie. Raz jestem szczęśliwa i pozytywnie patrzę w przyszłość, a raz mam wszystkiego dość. Dzisiejszy dzień był bardzo dziwny. Pierwszy raz od bardzo długiego okresu czasu spojrzałam w lustro. Nie chodzi o twarz tylko o całą siebie, w samej bieliźnie. Bardzo dużo zrozumiałam. Nie akceptuję siebie już od wielu lat. Od czubka głowy aż po same stopy. Nie lubię swojego ciała. Nie podobają mi się moje włosy, bo są za krótkie. Nie podoba się moja twarz, bo jest okrągła i "pucata". Nie podobają się moje ramiona, bo są grube. Nienawidzę swojego brzucha. Mojego nogi wyglądają jak dwa pasztety. Jedyne, co się we mnie podoba to nadgarstki i oczy. Dlaczego nadgarstki? Bo są chude. Dlaczego oczy? Bo takie same ma moja mama. I dziadek.
Przez brak akceptacji samej siebie rodzą się kompleksy, które bardzo utrudniają mi życie. Na pozór jestem przebojową, silną dziewczyną, która wie czego chce i potrafi to osiągnąć. Ale gdy zostaję sama w pokoju, nie ma obok mnie ludzi, zdaję sobie sprawę jako bardzo jestem zakompleksioną osobą. Nie wiem skąd to się wzięło. Od zawsze miałam problemy z wagą, ale od jakiś trzech lat nieustannie myślę, czy przykładowo jedząc zapiekankę "pójdzie mi ona" w boczki czy w nogi. Pojawia się w mojej głowie pytanie: "Może ja po prostu urodziłam się osobą z nadwagą i taki los jest mi pisany?" Nigdy nie będę mieć wystającego obojczyka, rozmiaru 34 i delikatnej budowy. Zawsze mój brzuch będzie obleśny... A z drugiej strony pojawia się odpowiedź: "Nie. Jeśli człowiek bardzo się stara, zawsze może osiągnąć określony cel. Nic nas w życiu nie ogranicza. Tylko postaraj się BARDZIEJ!". Bardziej, bardziej....
Kłócę się z moim narzeczonym. Nie wiem dlaczego. Nie dogadujemy się ostatnio. Wyżywam się na nim. Wiem o tym. Ale on jest zawsze przy mnie mimo tego, że jestem dla niego czasem wstrętna. Czasem nawet bardziej niż wstrętna.
Dziękuję w tej chwili Bogu, że mam ten blog i o wszystkim mogę tutaj napisać. Nikt mnie nie zna (oprócz jednej osoby, która pewnie przerazi się moim pesymistycznym postem. A. :* ), nikt mnie nie ocenia i nikt nie zacznie mówić mi, że wcale nie jestem gruba, że wcale nie jestem brzydka, że jestem bardzo mądrą i piękną osobą. Nie potrzebuję tego. Takie słowa ani mnie nie podnoszą na duchu, ani w nie jakoś specjalnie nie wierzę. Osoby, które czytają moje wypowiedzi same są prawie całkowicie anonimowe, dlatego może łatwiej jest mi z nimi rozmawiać. Czasem łatwiej niż z bliskimi. Bo bliskie mi osoby zaczynają się o mnie martwić, a mi pojawiają się w głowie kolejne, do kolekcji, wyrzuty sumienia, że przeze mnie inni mają zły humor i jakieś obawy. Bardzo dziękuję wszystkim osobom, które zaglądają na tego bloga. Dziękuję również moim realnym bliskim. Mimo tego, że czasem przesadzacie, bez Was życie nie byłoby takie kolorowe. (Tak, bez Ciebie A. również :* ). Czasem człowiek po prostu nie potrafi docenić tego, co ma. Nobody is perfect.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Kobieta aktywna ;)

Dzisiaj miałam swój pierwszy dzień pracy. Na szczęście nie ostatni. Jak pewnie wcześniej przeczytaliście będę "naciągaczem telefonicznym" czyli telemarketerką. Praca na miesiąc - góra dwa. Jest całkiem sympatycznie, tylko tych ludzi mi trochę szkoda. Sprzedaję książki o dofinansowaniu z UE. Niby fajne, ale sama bym takiej za żadne skarby nie kupiła.
Plan minionego dnia:
7:00 - pobudka! [kosmiczna godzina jak na wakacje]
7:30 - Śniadanie [serek wiejski Light]
12:00- przerwa kawowa :P i pogawędki z koleżanką, która załatwiła mi tą "fuszkę" [razem pracujemy, na szczęście],
15:00 - upragniony powrót do domu i obiad [dwa małe gołąbki z ryżem i pieczarkami]
16:00 - siłownia i 1,5 godzinny trening "rozluźniający",
18:00 - wieczór z ukochanym [wypiłam sobie herbatę zieloną, zjadłam trochę paluszków z makiem :( ,  poczytałam książkę "Arabska córka" i przytuliłam mojego D.]

Dlaczego zamieściłam taki plan dnia, mimo tego, że wcześniej tego nie robię? Ponieważ najprawdopodobniej tak będzie wyglądać reszta mojego miesiąca. Nie wiem jak długo będę pracować na "słuchawce", ponieważ robię to bardziej dla zabicia wolnego czasu, aniżeli "żądzy pieniądza", bo kroci tam nie zarobię ;). W sierpniu wyjeżdża mój D. na delegację i nie będzie go całe dwa tygodnie. Również opuszczają mnie rodzice, bo będą "wakacjować" na Chorwacji. Więc będę opiekować się moim psem, raczyć wizytami na siłowni i dobrą książką. ;) Tym pozytywnym akcentem kończę swój dzisiejszy post i udaję się do łóżka. Wiem, że jest bardzo wcześnie, ale jutro następny pracowity dzień [i pobudka o 7:00!!!].

Buziak! :*

sobota, 13 lipca 2013

"Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą"

W tytule zacytowałam nazwę blogu mojej "blogowej przyjaciółki", która jest dla mnie inspiracją. Dlaczego właśnie taki tytuł mojego posta? Ponieważ po wielu dniach smutku, znów wyszło słoneczko. ;) Postanowiłam nie poddawać się, a moją ostatnią porażkę potraktować jako życiowe doświadczenie - kolejne do kolekcji.
Zapisałam się na siłownię, znalazłam pracę "na słuchawce" i walczę o swoje marzenia. Moim najbliższym celem jest wypracowanie w sobie nawyku chodzenia na siłownie. Dlaczego?
Dzisiaj, budząc się o 8 rano (w sobotę!) byłam o krok od słów: "Nie... Odpuszczam. Odwiedzę siłownię w poniedziałek. Przecież dzisiaj sobota, mogę sobie dać wolne." Gdy tylko te słowa ujrzałam w swojej głowie, szybko  wstałam z łóżka, umyłam się i pobiegłam ćwiczyć. :) To dla mnie wielki sukces. Chodzę na siłownie sama, nikt nie musi mnie motywować, walczę sama ze swoimi słabościami i pokonuje kolejne bariery.
Teraz, dzisiaj, wierzę, że w końcu osiągnę swoje 50 kg (włączając moje wahania kilogramowe). Bo tylko ciężka praca daje efekty. Nic w życiu nie dostaniemy za darmo, chyba że wygramy w Totka. ;)
Od pewnego czasu śledzę wiele blogów o tematyce odżywiania. Właśnie jednym z nich jest blog "Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą". Zaglądam tam regularnie, ponieważ mogę się zmotywować do ciągłej walki z kilogramami i żywieniowymi pokusami.
Dzisiaj idę z narzeczonym na urodziny mojej koleżanki. Specjalnie dla niej upiekłam muffinki i o dziwo nie skosztowałam ani jednego!
Pozdrawiam Czytelników i dziękuję za miłe komentarze :*



PS. 14.07 2013 - Byłam na urodzinach. Pod względem jedzeniowym zawaliłam totalnie. Jadłam wszystko, co popadnie. Jedzenie  było przepyszne dlatego tak trudno było mi się powstrzymać. Boję się, że takie zapomnienie może mieć negatywny wpływ na moją wagę. Ale postanowiłam od poniedziałku znów chwycić "obżarstwo" w ryzy i walczyć, walczyć, walczyć. :) Będę chodzić do pracy, więc ograniczę pokusy żywieniowe. Po pracy od razu na siłownię. Później spotkam się na pewno z moim D. więc również nie będę się obżerać przy nim. ;) Zważę się dopiero w piątek. Zobaczymy jaki będzie efekt. Zastanawiam się nad dietą SGD. Bardzo męcząca, ale ponoć efekty są zniewalające.

wtorek, 9 lipca 2013

Biała chorągiewka

Na początku wszystko wyglądało bardzo kolorowo. Uśmiechaliśmy się i cieszyli wspólnymi chwilami. Z każdym dniem pojawiało się jednak poczucie strachu, że D. nie znajdzie pracy w Krakowie. I stało się. Właśnie ten strach zniszczył w nas całą radość. Pieniądze, które mieliśmy zaoszczędzone na nasze "początki" w zastraszającym tempie się kurczyły. A pracy jak nie było tak nie ma. Możecie się dziwić, że w tak wielkim mieście jak Kraków, istnieją problemy ze znalezieniem zatrudnienia. Owszem. Mój narzeczony posiada 4-letnie doświadczenie jako spawacz oraz specjalistyczne kursy zawodowe, które powinny przyczynić się do znalezienia pracy. Niestety, nawet to nie pomogło. Kiedy przestał szukać pracy w swoim zawodzie, zaczął w gastronomii (bo również posiada doświadczenie jako pizzer). Tutaj nastąpiło zderzenie z brutalną rzeczywistością. Praca jest. Ale tylko dlatego, że nikt nie miał siły pracować dziennie po 16 godzin za niecałe 9 złotych/h.
Dzisiaj jest dopiero 9 lipca, ale po długiej rozmowie, prawie całą noc, podjęliśmy decyzję o powrocie do domu. Strasznie ciężko jest mi się z tym pogodzić, ponieważ wiązałam z jego przeprowadzką naprawdę wielkie nadzieje i plany. Gdy moje cele nie zostają zrealizowane, czuję się bezwartościowa. Nie sądziłam, że tak szybko się "poddamy", ale ani ja ani on nie zdobyliśmy zatrudnienia, które zapewniłoby nam utrzymanie się w Krakowie. Nie chcieliśmy zapędzić się w długi i pożyczać od znajomych już na samym początku. Świat jest niesprawiedliwy. Bez znajomości niczego tak naprawdę się nie osiągnie. Tutaj, w naszej rodzinnej miejscowości D. ma zarówno dobrą prace jak i możliwość dorabiania przy spawaniu, co jakiś czas. Tam takiej możliwości nie miał w ogóle.
Nie uznaję tego za porażkę. Mogę poczekać jeszcze rok i wówczas zamieszkamy razem w moim mieszkaniu tutaj. Ale tak strasznie zawiodłam się sama na sobie. Niby mam skończone już 21 lat a tak naprawdę zero we mnie dorosłości. Trzeba było przewidzieć, że nie będzie tak kolorowo i lepiej to wszystko przemyśleć. Przez ten  smutek, który mnie opanował zaczęłam nie stosować diety. Jadłam wszystko, co popadnie. Nie chcę stawać na wagę. Boję się. Wiem, że od października znów zacznie się moja samotność całotygodniowa. Tym bardziej, że wyprowadzam się z mojego obecnego mieszkania w Krakowie, bo myślałam, że znajdziemy coś z D. I za parę dni nie będę miała ani gdzie, ani z kim mieszkać.
Kolorowo, prawda? Muszę wziąć się w garść i zacząć ćwiczyć. Kupiłam już jogurt, błonnik i otręby. Mam również zaoszczędzone pieniądze od dziadków, za które planuje kupić sobie karnet na siłownię. Patrzę do lustra i się brzydzę samej siebie. Ciężkie dni nastały....

sobota, 29 czerwca 2013

Powroty, powroty...



Urzekł mnie ten widok, więc postanowiłam go uwiecznić. Wszystko, co studentce jest potrzebne:
  • papier toaletowy,
  • szpilki,
  • laptop,
  • ciuchy,
  • kosmetyki (których nie widać, ale są). 

Niesamowicie się dzisiaj uśmiałam jak zobaczyłam wystającą rolkę papieru toaletowego wręczonego przez moją mamę pod moją nieobecność. Chyba wie, że u nas w mieszkaniu jest deficyt na tego typu rarytasy. 
Jutro przeprowadzka D. do Krakowa. Trzymajcie kciuki! ;) 

czwartek, 27 czerwca 2013

Walcząc z wiatrakami

Dzisiaj zrozumiałam, że z moją mamą najlepiej dogadujemy się, gdy ja jestem w Krakowie, a ona w domu. Takie bliższe kontakty przez dłuższy czas źle nam robią. Moja rodzicielka stara się zrobić wszystko, aby było jak najlepiej, ale ja odzwyczaiłam się od "wchodzenia mi na głowę". Jedzenie jest mi wpychane na siłę, co mnie niesamowicie męczy. Mama nie potrafi zrozumieć, że jestem na diecie i mam określony cel, który chcę osiągnąć. Całkowicie rozumiem, że chce dla mnie dobrze, ale ja nie potrafię tak dłużej funkcjonować.
Dzięki Bogu, że wracam do Krakowa już w niedzielę i będę z mamą tylko na "telefon".
To bardzo nieładnie z mojej strony, że tak piszę, ale dzisiaj sytuacja doprowadziła mnie do szału. Zrobiłam sobie kanapkę z sałatą, pomidorem i ciemnym pieczywem, a mama chciała mi wepchać jajecznicę chyba z 15 jaj! Nie chcę jej oszukiwać, że coś jem, a później gdzieś to chować... Gdybym miała jeść wszystko, o co ona mnie prosi wyglądałabym jak mały prosiaczek...
Ciągle wmawia mi, że wyląduje w szpitalu, że przestanę dobrze się uczyć, bo zniszczę sobie pamięć. Strasznie mnie to męczy. Nie potrafi już ze mną normalnie porozmawiać, bo o wszystko się czepia. Nie potrafi również zrozumieć, że mam już 21 lat i nie będę ze wszystkim się z nią zgadzać. Ona zaczyna wówczas płakać i ja także. Sytuacja patowa i jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest wyjazd "na swoje" do Krakowa. Myślałam, że jak przyjadę na te dwa tygodnie to będzie luźno, miło i przyjemnie. Jest zupełnie inaczej. Drętwo i atmosfera jest niesamowicie napięta! Czasem jak w roku akademickim przyjeżdżam na weekend do domu to jest naprawdę dobrze, a teraz jak już jestem w mojej rodzinnej miejscowości trochę dłużej, zaczynają się konflikty. Nie wiem, czy to ja jestem tak negatywnie nastawiona do całego świata, czy świat obrócił się przeciwko mnie.

Dobrze, że wczoraj dostałam radosną nowinę. Mianowicie, dowiedziałam się, że 1 października wystąpi w Krakowie Antoni Pawlicki. Będzie brał udział w spektaklu "Dobry wieczór kawalerski". Jest to okazja to zrealizowania jednego z moich celów - zrobienia sobie z nim zdjęcia! ;) Bardzo szanuję go za rolę w "Jutro idziemy do kina" oraz w serialu "Czas honoru". Uwielbiam tematykę filmów związanych z II Wojną Światową w Polsce. Moja prababcia wychowywała się w takich czasach - urodziła się w tzw. "Pokoleniu Kolumbów". Pochodzę również z Oświęcimia, a to zobowiązuje.

Już odkładam na bilet na spektakl! ;) Pozdrawiam gorąco! :*

niedziela, 23 czerwca 2013

Rozmowy poważniejsze i mniej poważne

Zaczęło się dzisiaj dość niewinnie. Kłóciliśmy się z D. kto, po której stronie łóżka będzie spał. ;) Później temat zmienił się na nieco poważniejszy. Właściwie skąd pewność, że w ogóle owe łóżko będziemy posiadać? Następnie zrobiło się naprawdę poważnie, ponieważ poruszyliśmy temat szukania naszego przyszłego mieszkania i zarazem środków na utrzymanie - siebie nawzajem.

Ani ja, ani on nie należymy do osób oszczędnych. Lubimy się zabawić i nie myśleć o konsekwencjach, oczywiście mam na myśli kwestię finansową. Na przykład, nasz wyjazd nad morze w maju tego roku. Zużyliśmy wszystkie swoje oszczędności, zapominając że trzeba przeżyć jeszcze przez cały miesiąc. Tacy już jesteśmy i szczerzę wątpię, że przez zamieszkanie razem, coś w naszych naturach się zmieni. Pewnie gdy nie starczy nam raz czy dwa do "pierwszego" to nauczymy się, że powinniśmy opanować swoje finansowe pożądanie. ;) Jednak wracając do tematu...

Zaczęliśmy poważnie się martwić o naszą przyszłość. Ja na razie pracy nie posiadam, D. również (chociaż w poniedziałek za tydzień ma dzień próbny), a za miesiąc tracę miejsce zamieszkania w Krakowie. Zmiany, zmiany przede mną. I nim. Gdy dosłownie sobie to uświadomiłam, zaczęłam w trybie natychmiastowym poszukiwać pracy. Na "gumtree" aż zawrzało! Wysłałam parę CV. Zobaczymy. Mam znajomego w Krakowie, który dorabia sobie jeżdżąc meleksami. To taki magiczny pojazd, który wozi turystów po całym mieście, poprzez ciekawsze miejsca, jak np. Kazimierz czy Rynek Główny. W Krakowie mieszkam już dwa lata, więc zdążyłam go całkiem całkiem poznać. Może uda mu się załatwić mi pracę jako kierowca takie właśnie meleksa. Mogłabym przy okazji ładnie się opalić ;). I nieźle zarobić!

Pożyjemy, zobaczymy. Sposób na upał: trzy kostki lodu, parę plasterków cytryny, kawałek zielonego ogórka pokrojony w kostkę, woda. Przepis mojej przyjaciółki, który w 100% sprawdza się w takie upalne dni. Ogórek uwalnia swoje "właściwości" i gdy wypijesz jedną szklankę, Twój organizm przyswaja jej podwojoną ilość.




czwartek, 20 czerwca 2013

Wakacje!

Witajcie, kochani. Sesję numer cztery uważam za zamkniętą. :) Jeszcze jutro dostanę tylko wyniki egzaminu, ale uważam, że będą bardzo pozytywne, ponieważ wszystko dobrze napisałam.
Od dzisiaj mogę uważać się za studentkę III roku pracy socjalnej. ;)Ze studiów ogólnie jestem zadowolona, chociaż sama nie jestem do końca pewna, kim w życiu chcę być. Ale mam dopiero 21 lat i wszystko przede mną. Wiem, ze powinnam mieć już zaplanowaną karierę na najbliższe parę lat, ale nauczyłam się, że z planów często mało wychodzi - niestety.

Przez najbliższe trzy miesiące będę pracować w Krakowie. Przynajmniej mam taką ogromną nadzieję, ponieważ innego wyjścia nie widzę. :) Z D. będziemy tworzyć wspólne gniazdko i pewnie to zajmie mi cały okres, do października. Teraz odpoczywam w domu, leniuchuję i planuję swoją dietę na najbliższy czas.
Muszę schudnąć, bo podczas sesji troszkę się zapuściłam. Wiadomo, spędzanie czasu nad książkami zachęca do obżarstwa! Oczywiście, nie były to jakieś kolosalne grzechy żywieniowe, ale zdecydowanie za dużo zjadam pieczywa. Co prawda, jest ono wielozbożowe, ale wiecie jak to z tym pieczywkiem jest. Co za dużo, to nie zdrowo. Kanapki są szybkie i smaczne, niekoniecznie zdrowe. Muszę nad tym popracować...

Ostatnio zauważyłam, że nawet "zdrowe" jogurty nie są już zdrowe. Chyba sama zacznę je robić z truskawek albo jagód. ;) Takie zdrowożywnościowe plany na przyszłość :) A co mi tam, poplanować zawsze można :* Pozdrawiam, kochani!

środa, 5 czerwca 2013

Sesja nr IV

Witam! ;) Od dzisiaj zaczyna się moja sesja letnia numer IV. Mam, co do niej szczególne plany - musi wyjść najlepiej ze wszystkich.

Plany na najbliższe dwa tygodnie:

  • zdać angielski -część gramatyczną i słownictwo ( 5.06.2013) -> 4,5
  • zdać rosyjski ( 14.06.2013) ->  3,5
  • pedagogika pracy  (13.06.2013) -> 5,
  • problemy i kwestie społeczne (19.06.2013) -> 5,
  • metodyka pracy asystenta opieki instytucjonalnej (19.06.2013) -> 5,
  • ewolucja w pomocy społecznej  (17.06. 2013) -> zaliczone.
Trzymajcie kciuki. Od dzisiaj będę trochę mniej aktywna na blogu, ale obiecuję, że później wszystko nadrobię. A od lipca naprawdę będzie się działo, bo narzeczony przenosi się do mnie i zaczynamy szukać mieszkania oraz pracy (Ja na okres wakacyjny, a D. na stałe) ;) Pozdrawiam!

piątek, 31 maja 2013

Fight!

Sesja nr IV przede mną. Tym razem to moja ostatnia szansa, żeby otrzymać stypendium. Muszę dać z siebie wszystko. Cały weekend spędzam na pisaniu pracy licencjackiej i nauce angielskiego na najbliższy egzamin. ;) Mam wielką nadzieję, że to zaowocuje w grudniu przypływem gotówki na moje konto.
Niektórzy pewnie pomyślą, że studiuję tylko dla pieniędzy, o nie! Po prostu jeszcze nigdy nie dostałam rekompensaty za moje ślęczenie nad książkami nawet w tak pogodny dzień jak dzisiaj.

Dieta działa. Waga spada. ;) Dzisiaj w ramach nagrody idę kupić sobie jakiś ciuszek do galerii. ;) Trzymacie się i miłego weekendu, Czytelnicy!

czwartek, 23 maja 2013

Dylematy młodości

Dobry wieczór. ;) Pierwszy raz od dawno piszę post tak późno. Ale mam wenę! 
Od jakiegoś czasu zainteresowałam się książkami odnośnie anoreksji, ponieważ jest to pewne nawiązanie do mojej pracy licencjackiej: "Funkcjonowanie w roli kobiety we współczesnym świecie a stres z tym związany". 
Co prawda, nie mogę zawrzeć w swojej pracy jednostki chorobowej, ponieważ nie mam odpowiedniej wiedzy wg mojej Promotor, ale postanowiłam w jednym z rozdziałów, nawiązać do tematyki odżywiania u kobiet i stresu, który zostaje nam niejednokrotnie narzucany ze strony mediów. "Kochanie, nie jedz tych cukierków, bo musisz dbać o linię!" - słowa matki do około jedenastoletniej córki w tramwaju, usłyszane dzisiaj przypadkowo... Czytając literaturę na temat anoreksji i bulimii zdałam sobie sprawę, że problem nie leży w niewłaściwym odżywianiu, lecz psychice! Istnieje wiele powodów, nie tylko popęd za trendami, które przyczyniają się do chorób związanych z jedzeniem u dziewcząt. Na przykład bardzo często podłożem tego typu schorzeń jest rozwód rodziców czy zmiana miejsca zamieszkania. Spotykamy się również z przesadną "troskliwością" matek, które oczekują od swoich córek idealnej sylwetki, nienagannego zachowania oraz najlepszych ocen w szkole, ponieważ same w dzieciństwie miały z tym problemy ;) Jednak, co najgorsze, zauważyłam, że społeczeństwo nadal traktuje anorektyczki jako osoby, które popełniają tzw. "długotrwałe samobójstwo", osoby, które na własną odpowiedzialność dążą do wagi 25 kg, aby przestać prawidłowo funkcjonować, aby niszczyć swoje zdrowie! To absurd w XXI wieku!
Sama od zawsze borykam się z nadprogramowymi kilogramami. Chciałabym być szczupła. Jednak jest to dla mnie niesamowity problem, ponieważ od dziecka mam problemy ze zdrowym jedzeniem. Oczywiście, jestem od dwóch lat wegetarianką, więc bardzo dużą uwagę zwracam na posiłki, ale nadużywając makaronu, ryżu (nawet brązowego) czy ziemniaków - mam problemy z wagą. Nie jestem osobą z nadwagą, do tego mogę się przyznać, ale do typu "anorektyczek" również nie należę. Nie wiem czy wiąże się to z moją słabą wolą względem jedzenia czy może typu mojej sylwetki. Jednak przynajmniej po części zdaję sobie sprawę, co czują te trzynastolatki, które marzą o byciu modelką, głodzą się, aby nimi zostać, a od tego bardzo niewiele brakuje, aby stać się osobom, dla której jedzenie będzie wielkim problemem. W dzisiejszym świecie wiele młodych kobiet chce dorównać wzorcom, które nas otaczają... Czy to dobrze? Źle?

http://www.eioba.pl/a/2q5j/czy-ruch-pro-ana-jest-sekta

piątek, 17 maja 2013

na "kocią łapę" ?

Witajcie. ;) Dzisiaj chciałabym poruszyć temat wspólnego mieszkania przed ślubem. W moich kręgach jest oto temat dość "na topie", ponieważ coraz więcej znajomych planuje w przyszłości lub już ten zamiar zrealizowało.
Ja swoje życie z facetem zamierzam rozpocząć z dniem 1 lipca 2013. Są to również moje urodziny, więc sprawię sobie taki mały urodzinowy prezent. Oczywiście, im bliżej tej daty tym więcej myśli pojawia się w mojej głowie na ten temat. Czy nasze wspólne mieszkanie to dobry pomysł? Czy jesteśmy na tyle dorośli? Czy będziemy w stanie się utrzymać? Ja będę nadal dostawać dofinansowanie, co miesiąc, od moich rodziców, jednak będę się również starać o stypendium naukowe, jak już to parę razy podkreśliłam.
Myślę, że kierując się starym polskim przysłowiem "Jak się nie przewrócisz to się nie nauczysz" wejdę w to pomniejszone dorosłe życie. Dlaczego pomniejszone? Ponieważ będę mogła powiedzieć, że jestem osobą w pełni dorosłą, dopiero gdy odetnę się finansowo od moich rodzicieli.
Jak już wspomniałam, w naszym gronie, na potęgę ludzie zaczynają razem mieszkać. My taką decyzję podjęliśmy około listopada tamtego roku. Musieliśmy do niej dojrzeć i postanowić, że stawiamy wszystko na jedną szalę. Wiem, że takie myślenie jest niezgodne z naukami Kościoła, jednak jest to kolejna rzecz, w której z Kościołem nie mogę się zgodzić. Oczywiście kiedyś ludzie nie musieli się tak "próbować" przed ślubem, jednak widocznie teraz takowa potrzeba zaistniała w gronie polskich młodych par. Obawa przed błędem życiowym widocznie wzięła górę nad naukami kościelnymi.
To nie jest tak, że ja od razu spisuje nasz związek z D. na straty... o nie! Tylko uważam, że takie wspólne mieszkanie przed tym jak powiemy sobie sakramentalne "Tak" może nas wiele nauczyć. Chciałabym poznać od tej strony swojego przyszłego małżonka, ponieważ skoro mam z nim spędzić resztę życia, wolę wiedzieć w co "się pakuję" ;)

Co myślicie na ten temat? Popieracie moje myślenie czy może sądzicie coś zupełnie innego?
Pozdrawiam!

poniedziałek, 13 maja 2013

Praca a studia, studia a praca?

Witajcie ;) Ostatnio zainspirowała mnie moja znajoma swoim blogiem do poruszenia tego tematu. Ona uważa, że studenci zazwyczaj "ciągną" pieniądze od rodziców, nie wiedzą nic o prawdziwym życiu i w ogóle nie ma o czym z nimi rozmawiać, bo nie mają żadnego doświadczenia. Oczywiście, zapewne nie byłoby w takim stereotypowym myśleniu nic złego, gdyby owa koleżanka niedawno nie rzuciła studiów i wyjechała za granicę.
Nie sądziłam, że ludzie aż tak szybko potrafią się zmienić i "kasa" uderzyć do głowy. Wiem, że pieniądze są bardzo ważne, ale wydaję mi się, że czasem również ten dyplom ma duże znaczenie. Inaczej, po co byłoby tylu studentów? Myślę, że na wszystko w życiu przyjdzie czas. Po co na siłę skracać sobie młodość? Skoro rodzice mają wystarczające fundusze, dlaczego nie mają dać nam możliwości rozwoju? :) Gdyby taka sytuacja komuś bardzo przeszkadzała zawsze może sobie dorobić w weekendy lub postarać się o stypendium naukowe [ja wybrałam tą drugą opcję].
Temat studiów ogóle jest dość drażliwy w naszym społeczeństwie. Każdy jednak powinien uszanować wybór drugiego człowieka, a nie od razu wyzywać go w dość prymitywny sposób.

Pozdrawiam :*

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Podsumowanie praktyk III

Hej ;) W piątek zakończyła się trzecia część moich praktyk, która była już naprawdę mocno związana z moim zawodem pracownika socjalnego. Wcześniejsze były powiązane raczej z pedagogiką. Wspominam je bardzo dobrze, ponieważ miałam bardzo fajnego opiekuna. Nie miałam czasu nawet sobie usiąść, ale za to ile się dowiedziałam!

Mam nadzieję, że praktyki na III roku również będą takie owocne jak te! ;)

Pozdrawiam :*

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Praktyki - Part III

Witajcie ;) Od dzisiaj rozpoczynam trzecie praktyki na mojej uczelni. Pierwsze odbyły się w Domu Dziecka, drugie w Stowarzyszeniu "Siemacha" w Krakowie. Najbliższy tydzień [40 godzin] spędzę w jednym z krakowskich MOPSów.

Dzisiaj - dzień pierwszy: szkolenie BHP, zapoznanie się ze strukturą MOPSów, przywitanie przez pracowników socjalnych. Od razu zostałam nazwana "koleżanką po fachu", co podniosło moje ego o parę punktów. ;) Niestety, gdy rozpoczęłam rozmowę z moim opiekunem zdałam sobie sprawę o tym jak nikła jest moja wiedza odnośnie pracy socjalnej. Teoria teorią, ale praktyka jest niezastąpiona. Mój opiekun, pracownik socjalny z czternastoletnim stażem, nie omieszkał wspomnieć mi o swoich zawodowych osiągnięciach. Między innymi stworzył grupę dla sprawców przemocy. Jest to nadal temat dość niszowy w naszym kraju, o którym powinniśmy rozmawiać. Kiedyś osoba, która przyznała się publicznie do alkoholizmu była od razu skreślona. Teraz jest to pewnego rodzaju bohaterstwo. W Polsce osoba, która przyzna się do stosowania przemocy w swoim najbliższym otoczeniu zostanie piętnowany przez społeczeństwo, a mało kto pomyśli dlaczego on stosuje przemoc? Dzisiaj dostałam materiały na ten temat, z którymi spędzę zapewne najbliższe parę dni. Jest to plan zajęć dla sprawców przemocy - bardzo ciekawa sprawa.

Jutro idę na pierwszy w życiu wywiad środowiskowy. Prawdziwe zderzenie z rzeczywistością w środowisku. Co prawda, dzisiaj sporo klientów przewinęło się przez nasz pokój, ale jutro - to będzie dopiero coś. Czuję, że dowiem się więcej niż przez miesiąc siedzenia w akademickich krzesełkach.

PS. Otrzymałam dzisiaj również kalendarz Pracownika Socjalnego 2013 ! ;)

Pozdrawiam gorąco Czytelników :*


środa, 3 kwietnia 2013

Nowa zabawa ;)

Zdobywam nowe doświadczenia odnośnie mojego blogowania. ;) Właśnie Martucha zaprosiła mnie do zabawy. :) A właściwie nominowała do Liebster Blog! Serdecznie Ci dziękuję!





Zasady:

Zabawa polega na udzieleniu odpowiedzi na zadanych 11 pytań.Następnie to my nominujemy 11 blogów, których liczba obserwatorów nie przekracza 200 osób i zadajemy im 11 wymyślonych przez siebie pytań. Oczywiście informujemy ich o nominacji.

Oto pytania, które zadała mi zadano:

1. Napisz o sobie coś, czego o Tobie nie wiemy i co może nas zaskoczyć.
Mam ustaloną datę ślubu na 11 lipca 2015 roku! :)

2. Czy masz jakąś jedną książkę/ film, do których wracałaś wielokrotnie i wiesz, że jeszcze nie raz wrócisz? Co to za książka/ film i dlaczego tak Cię przyciąga?
Co do książek - nie. Zazwyczaj nie czytam książek więcej niż dwa razy. Ale filmy - owszem. Jednym z takich filmów jest mój ulubiony "Ps. I love You". Główną rolę odgrywa tam Gerard Butler!

3. Co w Twoim wyglądzie podoba Ci się najbardziej?
"Oczy są zwierciadłem duszy", więc moja odpowiedź jest prosta - oczy!

4. Czego nie lubisz w swoim wyglądzie?
Oj, nogi, a szczególnie łydki.

5. Czego w życiu żałujesz?
Żałuję wyboru klasy w liceum [mogłam iść do bio-chemu zamiast do dziennikarskiej ;/ ], żałuję że nie przyłożyłam się bardziej do matury.

6. Czy lubisz siebie?
Czy lubię? Tak, zdecydowanie!

7. Jaką cechę charakteru chciałabyś w sobie zmienić, bo jej nie lubisz lub utrudnia Ci życie?
Jestem zbyt wrażliwą osobą. Płaczę czasem nawet na reklamie telewizyjnej, zbyt mocno biorę do siebie słowa innych ludzi, czasem jestem naiwna.

8. Ile minut/ godzin dziennie przeznaczasz na dbanie o wygląd (makijaż, fryzura, pielęgnacja, dobór stroju, itp)?
Około godziny rano. Wieczorem troszkę dłużej. ;)

9. Ile minut/ godzin dziennie przeznaczasz na swój rozwój umysłowy?
To jest zależne od mojego wolnego czasu. Uwielbiam czytać książki i robię to w każdej wolnej chwili.

10. Jaki jest Twój najważniejszy cel (w tym momencie życia)?
Chcę rozpocząć drugi kierunek studiów. I dać szczęście mojemu narzeczonemu!

11. Nad wyrobieniem jakiego nawyku aktualnie pracujesz (jeśli pracujesz)?
Nad regularnym uczęszczaniem na siłownie. I ćwiczeniami z Ewą Chodakowską ;)


Oto pytania, które za zadaję osobą nominowanym:
1. Jaka jest Twoja ulubiona sentencja/cytat?
2. Co motywuje Cię do codziennego wstania z łóżka?
3. Twoje najbardziej wyraźne wspomnienie z dzieciństwa.
4. Jaki jest Twój najważniejszy cel w życiu?
5. Kto jest Twoim autorytetem?
6. Zamknij oczy. Rozluźnij się. Jaka jest pierwsza myśl, która przyszła Ci do głowy?
7. Jaka jest Twoja ulubiona cecha charakteru u siebie?
8. Masz ulubioną książkę/film?
9. Czy myślisz, że spełniasz oczekiwania swoich rodziców, są z Ciebie dumni, zadowoleni?
10. Myślisz, że prawdziwa przyjaźń jest możliwa?
11. Potrafisz być systematyczna? Jaki jest Twój klucz do systematyczności?

Blogi, które nominuje do odpowiedzi na moje pytania:
Hadzia
helineth
mywaytonewyork
bilibworld
Justyna
ikupasi
Paulaaa
ConsiderYourLife
Czas na mnie!
Klaidua44
Fen

Powodzenia! :*

wtorek, 2 kwietnia 2013

Niepewna przyszłość?

Witajcie! Jak zawsze czas świąteczny to czas głębokich rozmyśleń, postanowień, opracowania jakiś konkretnych celów. Człowiek ma po prostu sporo wolnego czasu i nie wie jak go wykorzystać. I mi przyszło rozpocząć takie dumania na temat własnej przyszłości.

Do kolejnej sesji zostały dwa miesiące, przede mną znów nieprzespane noce, obgryzione paznokcie i porcelanowo  blada skóra przed ogłoszeniem wyników. Walczę o stypendium dlatego moje wysiłki będą dwa razy większe. Warto? Nie chodzi tutaj o te parę złotych, które można dostać w nagrodę, ale o przyszłość, która nas czeka. Od lipca moje życie się zmieni, ponieważ planuję zamieszkać z moim narzeczonym. Dla wielu osób od tego momentu będę musiała zostać wzorową żoną, która będzie planować z tygodniowym wyprzedzeniem menu, sprzątać, prać, myć okna, trzepać dywany itp. Uwierzcie, spotkałam się z taką opinią wśród moich znajomych! Myślałam, że żyjemy w XXI wieku, gdzie partnerujemy sobie w związku. Nie wiem dlaczego jeszcze część kobiet, które na pozór wydają się dowartościowane i szanują swoją podmiotowość, jest w stanie poświęcić "siebie", aby stać się dobrą kobietą dla swojego lubego.

Ja mówię otwarte NIE dla kobiety w roli sprzątaczki/kucharki/praczki itp. W ogóle nie jestem w stanie zrozumieć, jak mężczyźni mogą wymagać od swojej partnerki takich wyrzeczeń. Oczywiście, co innego gdy kobieta postanawia na przykład zrezygnować ze studiów ponieważ chce iść do pracy i mieszkać ze swoim facetem. To jej dobrowolna decyzja, nieprzymuszona otoczeniem. Jednak czasem można spotkać młodą dziewczynę, która oprócz tego, że chodzi codziennie na uczelnie, musi zajmować się domem jak telewizyjna Perfekcyjna Pani Domu.

Otwieram dyskusję i zapraszam do wyrażania opinii na ten temat ;) Pozdrawiam!

środa, 27 marca 2013

Najtrudniejszy pierwszy krok.

Słowami piosenki Anny Jantar rozpocznę mój dzisiejszy post: "Najtrudniejszy pierwszy krok potem łatwo mija rok."  ;) Ja właśnie stawiam swoje pierwsze kroki przy pisaniu pracy licencjackiej. I mam głowie totalny chaos... 

Myślami przenoszę się do czasów licealnych i pisania pracy maturalnej. Dwa dni nie potrafiłam napisać pierwszego zdania. Właśnie te początkowe kilka słów określa całą resztę. Są one najważniejsze w całości - oczywiście jest to moja subiektywna ocena. Na temat pracy maturalnej z języka polskiego wybrałam: "Różne ujęcia Holocaustu w literaturze i filmie". Mój konik. Wszystko, oczywiście, nie poszło po mojej myśli, gdy stanęłam przed dylematem rozpoczęcia pisania pracy. Co innego czytać z przyjemności, a co innego z uczuciem "oddechu matury na plecach". Jednak dałam jakoś radę. 

Zobaczymy jak będzie tym razem. Mam do 15 maja oddać pierwszą część teoretyczną. I problem w tym, że kompletnie nie wiem jak się do tego zabrać. Teraz jest przerwa świąteczna, nie będę widzieć się z moją promotorką. Jestem zagubiona. Znalazłam parę publikacji, które muszę przeczytać, aby mieć ogólne pojęcie na temat zdrowia, stresu i roli kobiety w dzisiejszym świecie. ;) Wiem, że ta pierwsza część to czysta teoria, nawiązanie do literatury fachowej. Jednak, brakuje mi osoby, która podpowie mi leciutko, co mam umieścić w tym wstępie. 

Zdecydowałam się, że najpierw przeczytam całą literaturę, która do tej pory uzbierałam, wynotuję najważniejsze rzeczy, a później zabiorę się za pisanie. Innego sposobu nie widzę. Do 15 maja mam jeszcze sporo czasu, ale zauważyłam u mnie postępujący "pracoholizm". Jeśli nie robię czegoś pożytecznego czyli czytanie książek/ ćwiczenia fizyczne/ nauka - mam wyrzuty sumienia. To dobrze czy źle? Sama nie wiem. Ostatnio również zauważyłam u mnie straszne wahania nastrojów. Do płaczu potrafi doprowadzić mnie plama na spodniach czy źle ułożone włosy. Ah, jestem kobietą. Można mi wybaczyć, prawda? ;)

sobota, 23 marca 2013

A jednak zmiana tematu

Już rozmyślałam nad literaturą odnośnie mojego poprzedniego tematu pracy licencjackiej, szukałam literatury i ewentualnych możliwości badań, a tu zmiana. Zmiana na: "Funkcjonowanie w roli kobiety a zdrowie u kobiet". Buch!
Trochę czasu poszło na marne, ale pogodziłam się już z tym. Wczoraj odwiedziłam nawet księgarnię, aby zakupić obowiązkowe publikacje, które będą moimi przyjaciółmi na najbliższe półtora roku. Mianowicie:

  • "Psychologia zdrowia" Sęk, Heszen,
  • "Psychologia stresu" Łosiak
Nie powiem, żeby to pozytywnie wpłynęło na stan mojego portfela, ale edukacje kosztuje ;) Te dwie pozycje wycenili na 90zł. Dość sporo, ale stwierdziłam, że w siebie inwestować warto. Póki jest w kogo ;) 

poniedziałek, 11 marca 2013

Brakuje mi Boga?

Witajcie. ;) Od wczoraj nie może mi wyjść z głowy jedna myśl: Dlaczego odsunęłam się od Kościoła, Boga, kościelnego niedzielnego poranka? Myślę, że to jest dobry moment, aby poruszyć ten temat na moim blogu.
Zrobię to w postaci punktów.


  • Pierwszy i niepodważalny fakt: Nigdy nie mogłam nazwać siebie ateistką. Mocno wierzę, że Niebo i Bóg istnieją. "Wierzę, czy boję się nie wierzyć?" - to pytanie szybko nasuwa mi się do głowy. Zostałam wychowana przez rodziców i dziadków jako osoba, dla której niedzielna Msza Święta była niesamowicie ważna. Dlaczego? Bo tak wszyscy mówili. Zmieniło się to, gdy poszłam do Bierzmowania... 
  • ... Miał wówczas zstąpić na mnie Duch Święty i uczynić mnie dorosłą Chrześcijanką. Nie stało się tak.  Przestałam chodzić do Kościoła. Nagle. Książeczka "Bierzmowania", w której skrzętnie musiałam zbierać podpisy za każdą Mszę [ różaniec, Gorzkie Żale etc.]  przeważyła szalę. Zrozumiałam, że nawet ksiądz, który przygotowywał mnie do przyjęcia tego sakramentu nie rozumiał, co w tym jest naprawdę ważne... 
  • ... Zwątpiłam. Nie w Boga. W Kościół. Moja mama powtarza mi, że źle robię, że powinnam chodzić spotkać się z Bogiem, nie z księżmi. Odpowiadam: "Przecież Bóg jest wszędzie. Nie potrzebuję słuchać kazań o polityce, antykoncepcji i potępianiu homoseksualistów."
  • Drugi fakt: W Kościele źle się dzieje. Każdy człowiek, który chodź trochę interesuje się sprawami bieżącymi, wie że coś się popsuło.
  • Chcę dać Kościołowi kolejną szanse. Chcę znów zacząć chodzić w niedzielę na spotkania z Bogiem. Bo mi go niesamowicie brakuje. 
Oto takie moje krótkie podsumowanie uczuć wewnętrznych. Zacznę od niedzieli. Zobaczymy czy Kościół zmienił się od mojej poprzedniej wizyty. Pozdrawiam Czytelników ;)

wtorek, 5 marca 2013

Początki, początki.

Zaczyna się. Od dwóch tygodni mam przyjemność uczęszczać na seminarium ;) Wybrałam sobie Panią Prof. która z zawodu jest psychologiem klinicznym. Nie wiem, czy ten wybór był odpowiedni. Na pierwszym roku miałam przedmiot o ładnie brzmiącej nazwie "wprowadzenie nie psychologii". Niestety, to tylko nazwa. Zajęcia były prowadzone w najmniej odpowiadającej mi formie, czyli byliśmy zmuszeni do robienia prezentacji na wybrane tematy. Taki przekaz wiedzy mi zupełnie nie odpowiada z prostego względu - nigdy nie wiem, czy zawarte w niej informacje są rzetelne i wystarczająco wyczerpujące. Oczywiście, mogłabym usiąść w domu przed olbrzymimi tomami "Psychologii" Strelau, jednak nie posiadałam wówczas tyle wolnego czasu, aby w pełni oddać się jednemu przedmiotowi.

Wracając do sprawy, teraz te braki wychodzą, bo de facto jak mam uczyć się psychologii zdrowia [bo akurat teraz referujemy wiadomości z tego zakresu], nie posiadając wiedzy z psychologii ogólnej? Jestem w kropce. Jak zawsze zgłosiłam się do wymagającego promotora i na każde zajęcia musimy przygotowywać się z wyprzedzeniem, aby prowadzić z Panią Prof. rozmowę-dyskusję. Wczoraj spędziłam około 3 godzin nad wałkowaniem tekstu na temat "stres a zdrowie". Nie chodzi o poziom trudności tego fragmentu, ale o wyraźne LUKI w mojej wiedzy!

Chciałam pisać pracę licencjacką: "Stres związany z kanonem piękna istniejącym w dzisiejszym świecie". Badania planuję przeprowadzić w gimnazjum i liceum [porównać te dwa środowiska]. W tej pracy mam zamiar nawiązać do problemów żywieniowych związanych z przysłowiowymi wymiarami 90-60-90. Niestety, pani promotor bardzo mnie ogranicza pod tym względem. Kazała nam wybrać zakres z psychologii zdrowia, więc niestety mój temat, trochę wykracza poza ramy. Jednak nie odrzuciła go zupełnie, tylko stwierdziła, że jeszcze nad nim popracujemy. ;) Mam nadzieję, że mnie odpowiednio nakieruje, a nie całkowicie zmieni moją koncepcje.

Ulżyło mi, gdy o tym wszystkim napisałam, bo naprawdę czuję wewnętrzną frustracje tym wszystkim dookoła. Większość z moich kolegów z roku wybrała sobie innych promotorów [powiedzmy łagodnie - mniej wymagających]. Ja jak zwykle, sama, podwyższyłam sobie poprzeczkę. Ale praca popłaca, co nie?

sobota, 2 lutego 2013

The end of the story...

Witajcie. Wiem, jestem niesłowna - powiedziałam, że będę pisać regularnie, ale niestety, nie udało się... Właśnie skończyłam III semestr na studiach. Kosztowało mnie to naprawdę dużo energii. Ale warto było.

Staram się o stypendium. Mocniej niż w tamtym roku. Porażka motywuje. Przynajmniej mnie. Bardzo zależy mi na tych pieniądzach, ponieważ zamieszkam z moim narzeczonym i będzie potrzebny nam każdy grosz. Boję się tego czasu, kiedy w kawalerce będziemy skazani tylko na siebie. Wiem, że może być ciężko, ale kto nie ryzykuje, ten traci? Czy jakoś tak....

Możliwe, że nam się nie uda. Ale kiedy mamy się sprawdzić jak nie teraz? Życie ostatnimi czasy nie układało się zbytnio po mojej myśli. Spotkałam na swojej drodze życiowej parę osób, które naprawdę wiele zmieniły... Może trochę otwarły mi oczy na pewne sprawy. Może zamieszały w głowie? Jednak teraz staram się (STARAM) wrócić do normy i znów wszystko poukładać na swoje miejsce.  Mogę napisać, że padłam ofiarą "czarów"....

Grunt to spokój ;) Tylko spokój może mnie teraz uratować. Ważne, że przez te zawirowania w życiu osobistym nie zawaliłam sesji i po dwóch egzaminach mam 2 x 5.0 (na wyniki trzeciego czekam do środy).


PS. Niedawno skończyłam tygodniowe praktyki w organizacji SIEMACHA. Bardzo wiele mi dały i jestem naprawdę zadowolona, że wybrałam taką placówkę. Na pewno więcej wyniosłam z niej niż z wcześniejszych, które miałam w Domu Dziecka.