Byłam dzisiaj świadkiem niesamowitej sceny w tramwaju. Może dwuletnia dziewczynka siedziała w wózku, mama wraz z tatą byli na siedzeniach obok. Mała zainteresowana była kawałkiem gazety, który umiejętnie miętosiła w rączce. Po chwili krzyknęła na cały tramwaj: "Mamo, mamo! Kocham Cię, wiesz?" Owa mama uśmiechnęła się do swojej pociechy i aż oczy jej się zaświeciły. Cóż to musi być za niesamowite uczucie wiedzieć, ze stworzyło się taką małą istotkę, która kocha Cię z całego serca i dla której jesteś całym światem.
Mamy swoich rodziców, których na co dzień nie doceniamy. Nie zauważamy, że bez nich życie byłoby jakieś 200% trudniejsze, bardziej wymagające... Na co dzień nie doceniamy w ogóle nic, co zostało nam dane. Natomiast, gdy już tego nie ma, zdajemy sobie sprawę jakie to było cenne. Jaki ten ktoś był ważny.
Nie wiem dlaczego wzięło mnie na takie sentymenty. Może to ta jesienna pogoda z oknem, może ta dzisiejsza sytuacja w tramwaju.
Chyba obudził się we mnie instynkt macierzyński. Chyba najwyższy czas. Gdy pomyślę, że mama w moim wieku miała już brzuszek ciążowy... W dzisiejszym świecie wszystko się poprzestawiało. Kobieta rodzi swoje pierwsze dziecko średnio po 29 urodzinach. Czy to jest normalne? Ale kiedy mamy znaleźć czas na rodzenie tych dzieci? Najpierw studia, nauka... Później trzeba znaleźć pracę (cud jeśli w ogóle się ją znajdzie). Następnie jest czas na karierę zawodową i budowanie swojej "pozycji". To trochę trwa. A później budzimy się, że nie mamy ani bliskiej osoby przy boku, ani planów odnośnie zakładania rodziny a do najmłodszych też już się nie należy. I co wtedy?
Wydaję mi się, że w dzisiejszym świecie poprzestawiały nam się priorytety oraz system ogólnie przyjętych wartości. Na pierwszym miejscu jest pieniądz, dopiero później rodzina. Ale czy bez pieniądza jest sens zakładania rodziny? Jest to swoisty ciąg przyczynowo-skutkowy. Mamy pieniądze (harujemy całymi dniami nie mając czasu na NIC!), nie mamy czasu na rodzinę. Mamy czas, wówczas z pieniędzmi jest słabo, albo na dzieci jest już za późno. Taki ten świat skomplikowany.
Najważniejsze, żeby zdać sobie sprawę z tego, że życie nam ucieka... I z niektórymi rzeczami nie możemy czekać na ostatnią chwilę. Nie mówię, że teraz pragnęłabym zostać mamą, bo jestem zbyt mało dojrzała (może nawet w ogóle.... ?), ale chciałabym przytulić kogoś, kto będzie całkowicie mój (i mojego partnera/męża). Kogoś dla kogo się żyje, pracuje, poświęca każdą minutę. Kogoś kogo się ślicznie ubiera, czesze... <3
Koniec wywodu na temat macierzyństwa. Agnieszka, dość! ;)
niedziela, 24 listopada 2013
piątek, 15 listopada 2013
Kolejny miesiąc, kolejne cele
Niedawno skończył mi się karnet na siłownię i zajęcia fitness w klubie Platinum. W niedziele wykupię nowy, ponieważ bardzo mi się podobało. Przez ten miesiąc chodziłam na różne ćwiczenia grupowe, m. in. Brzuchomania (intensywne ćwiczenia na brzuch dzięki, którym w końcu zaczynają pojawiać się zarysy mięśni brzucha! ), ATB ( "ogolnorozwojowe" ćwiczenia kształtujące sylwetkę), STEP (zajęcia, które chyba najbardziej mi się podobają, ponieważ ćwiczą nie tylko mięśnie i poprawiają kondycję, ale również pracują nad moją pamięcią, aby ogarnąć te wszystkie choreografię). Co tydzień zmieniam zajęcia, żeby przypadkiem któreś mi się nie znudziły.
W niedziele zapisałam się również na ZUMBĘ. Nigdy nie byłam, ale słyszałam o niej same pozytywne rzeczy.
Dzisiaj zamówiłam sobie również nową płytkę Ewy Chodakowskiej "Skalpel - wyzwanie". Jest to kolejna seria. Do tej pory nie ćwiczyłam z Ewką regularnie, tylko dlatego, że wolałam zdecydowanie MEL B. Ale odkąd zapisałam się do jej fanpage'u na Facebook'u i zobaczyłam te wszystkie listy i zdjęcia kobiet, które przeszly metamorfozę, postanowiłam że też spróbuję. Zrobię sobie zdjęcie przed miesiącem ćwiczeń z Ewą i po. Efekty wstawię może nawet tutaj ;) Zależy czy będą znaczne.
A co do diety... cóż. Na pewno pozostawia wiele do życzenia, ale nie jest aż tak źle. ;) Oczywiście, będzie lepiej!
W niedziele zapisałam się również na ZUMBĘ. Nigdy nie byłam, ale słyszałam o niej same pozytywne rzeczy.
Dzisiaj zamówiłam sobie również nową płytkę Ewy Chodakowskiej "Skalpel - wyzwanie". Jest to kolejna seria. Do tej pory nie ćwiczyłam z Ewką regularnie, tylko dlatego, że wolałam zdecydowanie MEL B. Ale odkąd zapisałam się do jej fanpage'u na Facebook'u i zobaczyłam te wszystkie listy i zdjęcia kobiet, które przeszly metamorfozę, postanowiłam że też spróbuję. Zrobię sobie zdjęcie przed miesiącem ćwiczeń z Ewą i po. Efekty wstawię może nawet tutaj ;) Zależy czy będą znaczne.
A co do diety... cóż. Na pewno pozostawia wiele do życzenia, ale nie jest aż tak źle. ;) Oczywiście, będzie lepiej!
poniedziałek, 11 listopada 2013
Życie jest jak teatr
Życie jest jak teatr, w którym każdy z nas ma do odegrania swoje osobiste role. Tylko od nas, tak naprawdę, zależy jak nasze losy się potoczą. Dla niektórych najważniejszą życiową rolą będzie realizowanie się jako prezes wielkiej korporacji, a dla innych bycie dobrą matką czy też ojcem. Dlaczego pojawiły się w mojej głowie takie przemyślenia? Z powodu pisania pracy licencjackiej na temat "funkcjonowania w roli kobiety we współczesnym świecie".
Leżę sobie teraz pod kocem, rozpaliłam sobie w swoim pokoju świeczki i zastanawiam się nad tym jakie role mi zostały przypisane w życiu. Na chwilę obecną jestem córką, studentką, dziewczyną. Czy poradzę sobie, gdy pojawi się również rola żony i matki? Czy każdy nadaje się do pełnienia takich ról?
Życie kobiety we współczesnym świecie jest niezwykle stresujące. Potencjalnie jeszcze tego nie wiem (bo właśnie to mam udowodnić lub obalić w swojej pracy licencjackiej), ale według mnie jest to szczera prawda. Niedość, że muszą pracować, czasem dokształcać się to w dodatku nierzadko są matkami dwójki czy trójki dzieci, żoną zapracowanego faceta oraz córką starzejących się rodziców.
Jak to wszystko pogodzić? Gdzie znaleźć sposób na pogodzenie tych funkcji jednocześnie?
Życie jest jak teatr.
Leżę sobie teraz pod kocem, rozpaliłam sobie w swoim pokoju świeczki i zastanawiam się nad tym jakie role mi zostały przypisane w życiu. Na chwilę obecną jestem córką, studentką, dziewczyną. Czy poradzę sobie, gdy pojawi się również rola żony i matki? Czy każdy nadaje się do pełnienia takich ról?
Życie kobiety we współczesnym świecie jest niezwykle stresujące. Potencjalnie jeszcze tego nie wiem (bo właśnie to mam udowodnić lub obalić w swojej pracy licencjackiej), ale według mnie jest to szczera prawda. Niedość, że muszą pracować, czasem dokształcać się to w dodatku nierzadko są matkami dwójki czy trójki dzieci, żoną zapracowanego faceta oraz córką starzejących się rodziców.
Jak to wszystko pogodzić? Gdzie znaleźć sposób na pogodzenie tych funkcji jednocześnie?
Życie jest jak teatr.
środa, 16 października 2013
Dni, których jeszcze nie znamy...
Przepraszam, że zapuściłam się w pisaniu postów. Trochę brakuje mi na to czasu, bo już w pełni wdrążyłam się w Kraków i obowiązki, które tutaj na mnie czekają ;) Na uczelni mam dużo mniej zajęć niż w ubiegłym roku akademickim, więc trochę więcej czasu mogę poświęcić sobie. ( zabrzmiało to jakbym do tej pory o siebie nie dbała :D) Zaczyna się pojawiać mój kochany obojczyk. Co prawda, to dopiero zalążki, jednak lepsze to niż nic!
Wesele, wesele i po weselu. Świetnie się wybawiłam, poznałam nowych ludzi, nogi bolą mnie do tej pory! Było trochę inaczej niż na pozostałych weselach, na których dane mi było być. Kameralnie (tylko 50 osób), kulturalnie (bez pijaństwa!) i nastrojowo (bo w świetnym gronie ludzi). Sukienka sprawdziła się w stu procentach, nie zawiodła mnie. Partner na wesele również ;) czy ja sprawdziłam się jako partnerka? Mam cichą nadzieję, że tak. Na szczęście, nie "pogrzeszyłam" z jedzeniem, ponieważ o dziwo nikt nic mi nie wpychał! Wolałam tańczyć i spalać kalorie niż siedzieć przy stole, sałatkach, ciasteczkach i wpychać w siebie niezliczone ilości jedzenia. T. jest rewelacyjnym tancerzem, dawno tak dobrze nie tańczyło mi się z mężczyzną.
A co u mnie? Chodzę regularnie na fitness, liczę kalorię, chyba chudnę. Niestety, nie z tych części ciała, na których mi zależy... Ech, życie kobiety nie jest usłane różami. Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo, prawda?
Skąd ta piosenka na początku postu? Bo ukazuje jak nieobliczalne jest nasze ludzkie życie. Nigdy nie wiemy, co nam przyniesie kolejny dzień i to jest piękne. Oczywiście, plany są dobre, ale dlaczego tak często nic z nich nie wychodzi? Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Ja w swojej głowie mam mnóstwo planów na przyszłość, ambitnych i tych trochę mniej. Nie wiem, co przyniesie mi życie, jednak szczerze liczę na to, że będzie dobrze. Musi być! ;) Teraz jestem szczęśliwa. Znów zasypiam i budzę się z uśmiechem na twarzy. Chwilo, trwaj!
niedziela, 29 września 2013
Początki!
Od 1 października przechodzę na ostrą 12-dniową dietę. Teraz mogę już powiedzieć, że właśnie w sobotę 12 października wybieram się na ślub i wesele. Nie chcę wyglądać wtedy jak "towar" z przeceny, tylko jak ten z najwyższej półki. Nie po to katuję się dietami i ćwiczeniami, ażeby później czuć się niekomfortowo :) Myślę, że taka 12-dniowa dietka pomoże mi w tym. Wiem, że później dzięki cudownemu jo-jo wrócę do wagi sprzed diety, ale zależy mi na efekcie jednodniowym.
Kupiłam już sukienkę! Rozmiar 36 ;) Chociaż, co mnie niesamowicie ucieszyło, 34 również było dobre! ;) Pani w sklepie powiedziała, że mam świetne wycięcie w talii dlatego większość sukienek do mnie pasuje. Pewnie płacą jej za to, żeby tak mówiła, dlatego też nie wzięłam sobie głęboko tego do serca. Ogólnie ostatnio zauważyłam, że nauczyłam się filtrować pochwały od ludzi. Wiem, że niektórzy nawet, gdyby było bardzo źle, by mi tego nie powiedzieli ;)
Od wtorku koniec z pieczywem (nawet ciemnym), jogurtami słodzonymi, słodkimi owocami i soczkami. Na pedestale stawiam jogurty naturalne, serki wiejskie i warzywa. Oczywiście, zero słodyczy! Powinnam sobie również odmówić alkohol, ale wiem, że z tym będzie ciężko. :D
Już pokażę Wam moją sukienkę --> TU. Ma w sobie coś takiego, że od razu przypadła mi do gustu.
Od wtorku również przeprowadzam się na nowo do Krakowa, zaczynam nowy rok akademicki i nowe wyzwania. To będzie ciężki rok, ponieważ będę miała dwa egzaminy językowe - z angielskiego i rosyjskiego - a także obronę pracy licencjackiej. Ale wierzę, że sobie poradzę. Bo jak nie ja to kto? ;)
Pozdrawiam!
Kupiłam już sukienkę! Rozmiar 36 ;) Chociaż, co mnie niesamowicie ucieszyło, 34 również było dobre! ;) Pani w sklepie powiedziała, że mam świetne wycięcie w talii dlatego większość sukienek do mnie pasuje. Pewnie płacą jej za to, żeby tak mówiła, dlatego też nie wzięłam sobie głęboko tego do serca. Ogólnie ostatnio zauważyłam, że nauczyłam się filtrować pochwały od ludzi. Wiem, że niektórzy nawet, gdyby było bardzo źle, by mi tego nie powiedzieli ;)
Od wtorku koniec z pieczywem (nawet ciemnym), jogurtami słodzonymi, słodkimi owocami i soczkami. Na pedestale stawiam jogurty naturalne, serki wiejskie i warzywa. Oczywiście, zero słodyczy! Powinnam sobie również odmówić alkohol, ale wiem, że z tym będzie ciężko. :D
Już pokażę Wam moją sukienkę --> TU. Ma w sobie coś takiego, że od razu przypadła mi do gustu.
Od wtorku również przeprowadzam się na nowo do Krakowa, zaczynam nowy rok akademicki i nowe wyzwania. To będzie ciężki rok, ponieważ będę miała dwa egzaminy językowe - z angielskiego i rosyjskiego - a także obronę pracy licencjackiej. Ale wierzę, że sobie poradzę. Bo jak nie ja to kto? ;)
Pozdrawiam!
poniedziałek, 23 września 2013
Rozważna czy romantyczna?
Zdecydowanie bardziej romantyczna. Dzisiejszy dzień jest idealny, aby zajrzeć do jednej z moich ulubionych pozycji książkowych, mianowicie "Rozważnej i romantycznej" Jane Austen. Udało mi się ją znaleźć na bazarku we Wrocławiu. Pogoda nie sprzyja wychodzeniu z domu, dlatego dzisiaj stawiam na relaks, ćwiczenia i przemyślenia.
Pytanie, które postawiłam w temacie mojego postu nie jest przypadkowe. Uważacie, że osobom, które w życiu kierują się bardziej sercem niż rozumiem, jest trudniej? Ja zdecydowanie często cierpiałam z mojego emocjonalnego podejścia do wielu spraw. Jednak, gdy człowiek już rodzi się taką osobą, czy może się zmienić i nagle stać się realistą? Bo cóż poradzić, że rozczulają mnie czerwone róże, że płaczę na Toy Story 3, że potrafię gdybać i rozmyślać godzinami o tematach, które de facto nie mają żadnego znaczenia? Wiem, że to uciążliwe, ale lubię siebie taką - pieprzoną romantyczkę.
Jak już wcześniej wspomniałam wiążę swoją przyszłość z prawem. Absurd? Niekoniecznie. Może właśnie ten kierunek studiów pomoże mi w znalezieniu równowagi w całym tym świecie. Że trochę spoważnieje i podejdę do wielu spraw z ROZUMEM, a nie emocjami. Przeczytałam wcześniejsze komentarze do posta, w którym poinformowałam Was, że chcę za rok iść na prawo. Usłyszałam, że moje myślenie jest płytkie, ponieważ chcę leczyć kompleksy studiowaniem "elitarnego" kierunku. Nie powiem, że mnie to nie zabolało, ponieważ zostałam źle zrozumiana. Nie chcę studiować tego kierunku tylko dlatego, że MOŻE (podkreślam słowo może) zapewnić mi on dobrą przyszłość pod względem finansowym. Po prostu czuję, że w ten sposób mogę podnieść swoją samoocenę, mogę rozwijać się pod trochę innym kontem niż dotychczas. Nie będę mówić, że interesuje mnie stado ustaw, których będę musiała się uczyć. Ale zapytajcie studentów prawa czy są zafascynowani np. prawem spadkowym? Każdy z nich idąc na studia kierował się trochę innymi pobudkami niż miłość do kodeksu karnego. Wszystko wychodzi w toku studiów. Wówczas każdy znajduje swoją "branże", której poświęca zdecydowanie więcej czasu. Nauka wtedy sprawia im przyjemność, a egzamin wydaje się banalny. Trudno jest mi na chwilę obecną określić, która dziedzina prawa może mnie zafascynować. Wydaje mi się, że na wszystko przyjdzie czas. ;) Nie chcę się również nikomu tłumaczyć z moich wyborów. Czuję, że jest to dobry pomysł na siebie i na swoją przyszłość. Chciałabym zrealizować ten cel, ale został mi jeszcze rok i z doświadczenia wiem, jak wiele przez ten czas może się zmienić.
Jak już wcześniej wspomniałam wiążę swoją przyszłość z prawem. Absurd? Niekoniecznie. Może właśnie ten kierunek studiów pomoże mi w znalezieniu równowagi w całym tym świecie. Że trochę spoważnieje i podejdę do wielu spraw z ROZUMEM, a nie emocjami. Przeczytałam wcześniejsze komentarze do posta, w którym poinformowałam Was, że chcę za rok iść na prawo. Usłyszałam, że moje myślenie jest płytkie, ponieważ chcę leczyć kompleksy studiowaniem "elitarnego" kierunku. Nie powiem, że mnie to nie zabolało, ponieważ zostałam źle zrozumiana. Nie chcę studiować tego kierunku tylko dlatego, że MOŻE (podkreślam słowo może) zapewnić mi on dobrą przyszłość pod względem finansowym. Po prostu czuję, że w ten sposób mogę podnieść swoją samoocenę, mogę rozwijać się pod trochę innym kontem niż dotychczas. Nie będę mówić, że interesuje mnie stado ustaw, których będę musiała się uczyć. Ale zapytajcie studentów prawa czy są zafascynowani np. prawem spadkowym? Każdy z nich idąc na studia kierował się trochę innymi pobudkami niż miłość do kodeksu karnego. Wszystko wychodzi w toku studiów. Wówczas każdy znajduje swoją "branże", której poświęca zdecydowanie więcej czasu. Nauka wtedy sprawia im przyjemność, a egzamin wydaje się banalny. Trudno jest mi na chwilę obecną określić, która dziedzina prawa może mnie zafascynować. Wydaje mi się, że na wszystko przyjdzie czas. ;) Nie chcę się również nikomu tłumaczyć z moich wyborów. Czuję, że jest to dobry pomysł na siebie i na swoją przyszłość. Chciałabym zrealizować ten cel, ale został mi jeszcze rok i z doświadczenia wiem, jak wiele przez ten czas może się zmienić.
wtorek, 17 września 2013
Droga do sukcesu
Dobry wieczór, kochani! Ostatnio spotkałam się z pytaniami w moim kierunku, czy jestem chora... Na początku nie wiedziałam dokładnie o co chodzi, ale później się domyśliłam. Zrobiło mi się trochę przykro, gdy uświadomiłam sobie, że ludzie myślą, że choruję.
Moje życie od ostatnich trzech lat diametralnie się zmieniło. Mówię tutaj o moim wyglądzie, podejściu do samej siebie i mojego zdrowia. Kiedyś nie zwracałam uwagi na to, co jem; o której jem; dlaczego jem skoro nie jestem głodna... Teraz? Myślę o tym codziennie. Co nagle stało się w moim skromnym życiu, że postawiłam na zmiany? Zobaczyłam jedno zdjęcie. Sprawiło, że płakałam bardzo długo. To był dla mnie policzek. Sama siebie spoliczkowałam. Stwierdziłam, ze tak być nie może i cała machina ruszyła. Rozpoczęłam swoją przygodę od słynnej diety białkowej - Dr. Dukana. Schudłam 15 kg. Niesamowity wyczyn. Niestety, dopadł mnie skromny efekt Jo-Jo. Skromny, ponieważ nigdy nie wróciłam do wagi sprzed diety. I nigdy nie wrócę.
Kolejna dieta rozpoczęła się rok temu - w październiku 2012. Dlaczego? Sama nie wiem. Chyba znów zrozumiałam, że dzieje się z moim ciałem coś złego. Że tracę kontrolę nad jedzeniem i zapominałam się ograniczać. Jestem osobą, która musi zwracać uwagę na swoje posiłki, ponieważ mam tendencje do tycia. Trzeba się z tym pogodzić. Od października do teraz zrzuciłam 9 kg.
Chciałam zrobić sobie taki bilans zysków i strat. Dzisiaj zapisałam się do siłowni Pure w Krakowie. Jest to duży cios dla mojej kieszeni, ale będzie się opłacało! Zaczynam od października. Od dzisiaj również podjęłam nowe wyzwanie ćwiczeń z Mel B. Za 31 dni opowiem Wam o efektach. Cały poprzedni miesiąc ćwiczyłam z programem MiaszMasz (takie facebook'owe "wyzwanie"). Efekty widać, ale dzięki siłowni, nie temu "wyzwaniu". Ćwiczenia nie były w ogóle męczące. Trochę żałuję tego czasu.
Moim celem obecnie jest 53 kg na 12 października. Do końca roku - 50 kg.
Chciałam Wam również pokazać zdjęcie, które zmieniło moje życie, aby lepiej zobrazować (również samej sobie) moje osiągnięcia. Tym samym podkreślam, że nie jestem chora. Znam granice i nigdy ich nie przekroczę. Panuję nad tym. Gwarantuje Wam ;)
Moje życie od ostatnich trzech lat diametralnie się zmieniło. Mówię tutaj o moim wyglądzie, podejściu do samej siebie i mojego zdrowia. Kiedyś nie zwracałam uwagi na to, co jem; o której jem; dlaczego jem skoro nie jestem głodna... Teraz? Myślę o tym codziennie. Co nagle stało się w moim skromnym życiu, że postawiłam na zmiany? Zobaczyłam jedno zdjęcie. Sprawiło, że płakałam bardzo długo. To był dla mnie policzek. Sama siebie spoliczkowałam. Stwierdziłam, ze tak być nie może i cała machina ruszyła. Rozpoczęłam swoją przygodę od słynnej diety białkowej - Dr. Dukana. Schudłam 15 kg. Niesamowity wyczyn. Niestety, dopadł mnie skromny efekt Jo-Jo. Skromny, ponieważ nigdy nie wróciłam do wagi sprzed diety. I nigdy nie wrócę.
Kolejna dieta rozpoczęła się rok temu - w październiku 2012. Dlaczego? Sama nie wiem. Chyba znów zrozumiałam, że dzieje się z moim ciałem coś złego. Że tracę kontrolę nad jedzeniem i zapominałam się ograniczać. Jestem osobą, która musi zwracać uwagę na swoje posiłki, ponieważ mam tendencje do tycia. Trzeba się z tym pogodzić. Od października do teraz zrzuciłam 9 kg.
Chciałam zrobić sobie taki bilans zysków i strat. Dzisiaj zapisałam się do siłowni Pure w Krakowie. Jest to duży cios dla mojej kieszeni, ale będzie się opłacało! Zaczynam od października. Od dzisiaj również podjęłam nowe wyzwanie ćwiczeń z Mel B. Za 31 dni opowiem Wam o efektach. Cały poprzedni miesiąc ćwiczyłam z programem MiaszMasz (takie facebook'owe "wyzwanie"). Efekty widać, ale dzięki siłowni, nie temu "wyzwaniu". Ćwiczenia nie były w ogóle męczące. Trochę żałuję tego czasu.
Moim celem obecnie jest 53 kg na 12 października. Do końca roku - 50 kg.
Chciałam Wam również pokazać zdjęcie, które zmieniło moje życie, aby lepiej zobrazować (również samej sobie) moje osiągnięcia. Tym samym podkreślam, że nie jestem chora. Znam granice i nigdy ich nie przekroczę. Panuję nad tym. Gwarantuje Wam ;)
![]() |
| styczeń 2011 |
![]() |
| lipiec 2013 |
![]() |
| sierpień 2013 |
Subskrybuj:
Posty (Atom)




