Mój humor i nastrój zmienia się jak w kalejdoskopie. Raz jestem szczęśliwa i pozytywnie patrzę w przyszłość, a raz mam wszystkiego dość. Dzisiejszy dzień był bardzo dziwny. Pierwszy raz od bardzo długiego okresu czasu spojrzałam w lustro. Nie chodzi o twarz tylko o całą siebie, w samej bieliźnie. Bardzo dużo zrozumiałam. Nie akceptuję siebie już od wielu lat. Od czubka głowy aż po same stopy. Nie lubię swojego ciała. Nie podobają mi się moje włosy, bo są za krótkie. Nie podoba się moja twarz, bo jest okrągła i "pucata". Nie podobają się moje ramiona, bo są grube. Nienawidzę swojego brzucha. Mojego nogi wyglądają jak dwa pasztety. Jedyne, co się we mnie podoba to nadgarstki i oczy. Dlaczego nadgarstki? Bo są chude. Dlaczego oczy? Bo takie same ma moja mama. I dziadek.
Przez brak akceptacji samej siebie rodzą się kompleksy, które bardzo utrudniają mi życie. Na pozór jestem przebojową, silną dziewczyną, która wie czego chce i potrafi to osiągnąć. Ale gdy zostaję sama w pokoju, nie ma obok mnie ludzi, zdaję sobie sprawę jako bardzo jestem zakompleksioną osobą. Nie wiem skąd to się wzięło. Od zawsze miałam problemy z wagą, ale od jakiś trzech lat nieustannie myślę, czy przykładowo jedząc zapiekankę "pójdzie mi ona" w boczki czy w nogi. Pojawia się w mojej głowie pytanie: "Może ja po prostu urodziłam się osobą z nadwagą i taki los jest mi pisany?" Nigdy nie będę mieć wystającego obojczyka, rozmiaru 34 i delikatnej budowy. Zawsze mój brzuch będzie obleśny... A z drugiej strony pojawia się odpowiedź: "Nie. Jeśli człowiek bardzo się stara, zawsze może osiągnąć określony cel. Nic nas w życiu nie ogranicza. Tylko postaraj się BARDZIEJ!". Bardziej, bardziej....
Kłócę się z moim narzeczonym. Nie wiem dlaczego. Nie dogadujemy się ostatnio. Wyżywam się na nim. Wiem o tym. Ale on jest zawsze przy mnie mimo tego, że jestem dla niego czasem wstrętna. Czasem nawet bardziej niż wstrętna.
Dziękuję w tej chwili Bogu, że mam ten blog i o wszystkim mogę tutaj napisać. Nikt mnie nie zna (oprócz jednej osoby, która pewnie przerazi się moim pesymistycznym postem. A. :* ), nikt mnie nie ocenia i nikt nie zacznie mówić mi, że wcale nie jestem gruba, że wcale nie jestem brzydka, że jestem bardzo mądrą i piękną osobą. Nie potrzebuję tego. Takie słowa ani mnie nie podnoszą na duchu, ani w nie jakoś specjalnie nie wierzę. Osoby, które czytają moje wypowiedzi same są prawie całkowicie anonimowe, dlatego może łatwiej jest mi z nimi rozmawiać. Czasem łatwiej niż z bliskimi. Bo bliskie mi osoby zaczynają się o mnie martwić, a mi pojawiają się w głowie kolejne, do kolekcji, wyrzuty sumienia, że przeze mnie inni mają zły humor i jakieś obawy. Bardzo dziękuję wszystkim osobom, które zaglądają na tego bloga. Dziękuję również moim realnym bliskim. Mimo tego, że czasem przesadzacie, bez Was życie nie byłoby takie kolorowe. (Tak, bez Ciebie A. również :* ). Czasem człowiek po prostu nie potrafi docenić tego, co ma. Nobody is perfect.
czwartek, 25 lipca 2013
poniedziałek, 15 lipca 2013
Kobieta aktywna ;)
Dzisiaj miałam swój pierwszy dzień pracy. Na szczęście nie ostatni. Jak pewnie wcześniej przeczytaliście będę "naciągaczem telefonicznym" czyli telemarketerką. Praca na miesiąc - góra dwa. Jest całkiem sympatycznie, tylko tych ludzi mi trochę szkoda. Sprzedaję książki o dofinansowaniu z UE. Niby fajne, ale sama bym takiej za żadne skarby nie kupiła.
Plan minionego dnia:
7:00 - pobudka! [kosmiczna godzina jak na wakacje]
7:30 - Śniadanie [serek wiejski Light]
12:00- przerwa kawowa :P i pogawędki z koleżanką, która załatwiła mi tą "fuszkę" [razem pracujemy, na szczęście],
15:00 - upragniony powrót do domu i obiad [dwa małe gołąbki z ryżem i pieczarkami]
16:00 - siłownia i 1,5 godzinny trening "rozluźniający",
18:00 - wieczór z ukochanym [wypiłam sobie herbatę zieloną, zjadłam trochę paluszków z makiem :( , poczytałam książkę "Arabska córka" i przytuliłam mojego D.]
Dlaczego zamieściłam taki plan dnia, mimo tego, że wcześniej tego nie robię? Ponieważ najprawdopodobniej tak będzie wyglądać reszta mojego miesiąca. Nie wiem jak długo będę pracować na "słuchawce", ponieważ robię to bardziej dla zabicia wolnego czasu, aniżeli "żądzy pieniądza", bo kroci tam nie zarobię ;). W sierpniu wyjeżdża mój D. na delegację i nie będzie go całe dwa tygodnie. Również opuszczają mnie rodzice, bo będą "wakacjować" na Chorwacji. Więc będę opiekować się moim psem, raczyć wizytami na siłowni i dobrą książką. ;) Tym pozytywnym akcentem kończę swój dzisiejszy post i udaję się do łóżka. Wiem, że jest bardzo wcześnie, ale jutro następny pracowity dzień [i pobudka o 7:00!!!].
Buziak! :*
Plan minionego dnia:
7:00 - pobudka! [kosmiczna godzina jak na wakacje]
7:30 - Śniadanie [serek wiejski Light]
12:00- przerwa kawowa :P i pogawędki z koleżanką, która załatwiła mi tą "fuszkę" [razem pracujemy, na szczęście],
15:00 - upragniony powrót do domu i obiad [dwa małe gołąbki z ryżem i pieczarkami]
16:00 - siłownia i 1,5 godzinny trening "rozluźniający",
18:00 - wieczór z ukochanym [wypiłam sobie herbatę zieloną, zjadłam trochę paluszków z makiem :( , poczytałam książkę "Arabska córka" i przytuliłam mojego D.]
Dlaczego zamieściłam taki plan dnia, mimo tego, że wcześniej tego nie robię? Ponieważ najprawdopodobniej tak będzie wyglądać reszta mojego miesiąca. Nie wiem jak długo będę pracować na "słuchawce", ponieważ robię to bardziej dla zabicia wolnego czasu, aniżeli "żądzy pieniądza", bo kroci tam nie zarobię ;). W sierpniu wyjeżdża mój D. na delegację i nie będzie go całe dwa tygodnie. Również opuszczają mnie rodzice, bo będą "wakacjować" na Chorwacji. Więc będę opiekować się moim psem, raczyć wizytami na siłowni i dobrą książką. ;) Tym pozytywnym akcentem kończę swój dzisiejszy post i udaję się do łóżka. Wiem, że jest bardzo wcześnie, ale jutro następny pracowity dzień [i pobudka o 7:00!!!].
Buziak! :*
sobota, 13 lipca 2013
"Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą"
W tytule zacytowałam nazwę blogu mojej "blogowej przyjaciółki", która jest dla mnie inspiracją. Dlaczego właśnie taki tytuł mojego posta? Ponieważ po wielu dniach smutku, znów wyszło słoneczko. ;) Postanowiłam nie poddawać się, a moją ostatnią porażkę potraktować jako życiowe doświadczenie - kolejne do kolekcji.
Zapisałam się na siłownię, znalazłam pracę "na słuchawce" i walczę o swoje marzenia. Moim najbliższym celem jest wypracowanie w sobie nawyku chodzenia na siłownie. Dlaczego?
Dzisiaj, budząc się o 8 rano (w sobotę!) byłam o krok od słów: "Nie... Odpuszczam. Odwiedzę siłownię w poniedziałek. Przecież dzisiaj sobota, mogę sobie dać wolne." Gdy tylko te słowa ujrzałam w swojej głowie, szybko wstałam z łóżka, umyłam się i pobiegłam ćwiczyć. :) To dla mnie wielki sukces. Chodzę na siłownie sama, nikt nie musi mnie motywować, walczę sama ze swoimi słabościami i pokonuje kolejne bariery.
Teraz, dzisiaj, wierzę, że w końcu osiągnę swoje 50 kg (włączając moje wahania kilogramowe). Bo tylko ciężka praca daje efekty. Nic w życiu nie dostaniemy za darmo, chyba że wygramy w Totka. ;)
Od pewnego czasu śledzę wiele blogów o tematyce odżywiania. Właśnie jednym z nich jest blog "Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą". Zaglądam tam regularnie, ponieważ mogę się zmotywować do ciągłej walki z kilogramami i żywieniowymi pokusami.
Dzisiaj idę z narzeczonym na urodziny mojej koleżanki. Specjalnie dla niej upiekłam muffinki i o dziwo nie skosztowałam ani jednego!
Pozdrawiam Czytelników i dziękuję za miłe komentarze :*
PS. 14.07 2013 - Byłam na urodzinach. Pod względem jedzeniowym zawaliłam totalnie. Jadłam wszystko, co popadnie. Jedzenie było przepyszne dlatego tak trudno było mi się powstrzymać. Boję się, że takie zapomnienie może mieć negatywny wpływ na moją wagę. Ale postanowiłam od poniedziałku znów chwycić "obżarstwo" w ryzy i walczyć, walczyć, walczyć. :) Będę chodzić do pracy, więc ograniczę pokusy żywieniowe. Po pracy od razu na siłownię. Później spotkam się na pewno z moim D. więc również nie będę się obżerać przy nim. ;) Zważę się dopiero w piątek. Zobaczymy jaki będzie efekt. Zastanawiam się nad dietą SGD. Bardzo męcząca, ale ponoć efekty są zniewalające.
Zapisałam się na siłownię, znalazłam pracę "na słuchawce" i walczę o swoje marzenia. Moim najbliższym celem jest wypracowanie w sobie nawyku chodzenia na siłownie. Dlaczego?
Dzisiaj, budząc się o 8 rano (w sobotę!) byłam o krok od słów: "Nie... Odpuszczam. Odwiedzę siłownię w poniedziałek. Przecież dzisiaj sobota, mogę sobie dać wolne." Gdy tylko te słowa ujrzałam w swojej głowie, szybko wstałam z łóżka, umyłam się i pobiegłam ćwiczyć. :) To dla mnie wielki sukces. Chodzę na siłownie sama, nikt nie musi mnie motywować, walczę sama ze swoimi słabościami i pokonuje kolejne bariery.
Teraz, dzisiaj, wierzę, że w końcu osiągnę swoje 50 kg (włączając moje wahania kilogramowe). Bo tylko ciężka praca daje efekty. Nic w życiu nie dostaniemy za darmo, chyba że wygramy w Totka. ;)
Od pewnego czasu śledzę wiele blogów o tematyce odżywiania. Właśnie jednym z nich jest blog "Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą". Zaglądam tam regularnie, ponieważ mogę się zmotywować do ciągłej walki z kilogramami i żywieniowymi pokusami.
Dzisiaj idę z narzeczonym na urodziny mojej koleżanki. Specjalnie dla niej upiekłam muffinki i o dziwo nie skosztowałam ani jednego!
Pozdrawiam Czytelników i dziękuję za miłe komentarze :*
PS. 14.07 2013 - Byłam na urodzinach. Pod względem jedzeniowym zawaliłam totalnie. Jadłam wszystko, co popadnie. Jedzenie było przepyszne dlatego tak trudno było mi się powstrzymać. Boję się, że takie zapomnienie może mieć negatywny wpływ na moją wagę. Ale postanowiłam od poniedziałku znów chwycić "obżarstwo" w ryzy i walczyć, walczyć, walczyć. :) Będę chodzić do pracy, więc ograniczę pokusy żywieniowe. Po pracy od razu na siłownię. Później spotkam się na pewno z moim D. więc również nie będę się obżerać przy nim. ;) Zważę się dopiero w piątek. Zobaczymy jaki będzie efekt. Zastanawiam się nad dietą SGD. Bardzo męcząca, ale ponoć efekty są zniewalające.
wtorek, 9 lipca 2013
Biała chorągiewka
Na początku wszystko wyglądało bardzo kolorowo. Uśmiechaliśmy się i cieszyli wspólnymi chwilami. Z każdym dniem pojawiało się jednak poczucie strachu, że D. nie znajdzie pracy w Krakowie. I stało się. Właśnie ten strach zniszczył w nas całą radość. Pieniądze, które mieliśmy zaoszczędzone na nasze "początki" w zastraszającym tempie się kurczyły. A pracy jak nie było tak nie ma. Możecie się dziwić, że w tak wielkim mieście jak Kraków, istnieją problemy ze znalezieniem zatrudnienia. Owszem. Mój narzeczony posiada 4-letnie doświadczenie jako spawacz oraz specjalistyczne kursy zawodowe, które powinny przyczynić się do znalezienia pracy. Niestety, nawet to nie pomogło. Kiedy przestał szukać pracy w swoim zawodzie, zaczął w gastronomii (bo również posiada doświadczenie jako pizzer). Tutaj nastąpiło zderzenie z brutalną rzeczywistością. Praca jest. Ale tylko dlatego, że nikt nie miał siły pracować dziennie po 16 godzin za niecałe 9 złotych/h.
Dzisiaj jest dopiero 9 lipca, ale po długiej rozmowie, prawie całą noc, podjęliśmy decyzję o powrocie do domu. Strasznie ciężko jest mi się z tym pogodzić, ponieważ wiązałam z jego przeprowadzką naprawdę wielkie nadzieje i plany. Gdy moje cele nie zostają zrealizowane, czuję się bezwartościowa. Nie sądziłam, że tak szybko się "poddamy", ale ani ja ani on nie zdobyliśmy zatrudnienia, które zapewniłoby nam utrzymanie się w Krakowie. Nie chcieliśmy zapędzić się w długi i pożyczać od znajomych już na samym początku. Świat jest niesprawiedliwy. Bez znajomości niczego tak naprawdę się nie osiągnie. Tutaj, w naszej rodzinnej miejscowości D. ma zarówno dobrą prace jak i możliwość dorabiania przy spawaniu, co jakiś czas. Tam takiej możliwości nie miał w ogóle.
Nie uznaję tego za porażkę. Mogę poczekać jeszcze rok i wówczas zamieszkamy razem w moim mieszkaniu tutaj. Ale tak strasznie zawiodłam się sama na sobie. Niby mam skończone już 21 lat a tak naprawdę zero we mnie dorosłości. Trzeba było przewidzieć, że nie będzie tak kolorowo i lepiej to wszystko przemyśleć. Przez ten smutek, który mnie opanował zaczęłam nie stosować diety. Jadłam wszystko, co popadnie. Nie chcę stawać na wagę. Boję się. Wiem, że od października znów zacznie się moja samotność całotygodniowa. Tym bardziej, że wyprowadzam się z mojego obecnego mieszkania w Krakowie, bo myślałam, że znajdziemy coś z D. I za parę dni nie będę miała ani gdzie, ani z kim mieszkać.
Kolorowo, prawda? Muszę wziąć się w garść i zacząć ćwiczyć. Kupiłam już jogurt, błonnik i otręby. Mam również zaoszczędzone pieniądze od dziadków, za które planuje kupić sobie karnet na siłownię. Patrzę do lustra i się brzydzę samej siebie. Ciężkie dni nastały....
Dzisiaj jest dopiero 9 lipca, ale po długiej rozmowie, prawie całą noc, podjęliśmy decyzję o powrocie do domu. Strasznie ciężko jest mi się z tym pogodzić, ponieważ wiązałam z jego przeprowadzką naprawdę wielkie nadzieje i plany. Gdy moje cele nie zostają zrealizowane, czuję się bezwartościowa. Nie sądziłam, że tak szybko się "poddamy", ale ani ja ani on nie zdobyliśmy zatrudnienia, które zapewniłoby nam utrzymanie się w Krakowie. Nie chcieliśmy zapędzić się w długi i pożyczać od znajomych już na samym początku. Świat jest niesprawiedliwy. Bez znajomości niczego tak naprawdę się nie osiągnie. Tutaj, w naszej rodzinnej miejscowości D. ma zarówno dobrą prace jak i możliwość dorabiania przy spawaniu, co jakiś czas. Tam takiej możliwości nie miał w ogóle.
Nie uznaję tego za porażkę. Mogę poczekać jeszcze rok i wówczas zamieszkamy razem w moim mieszkaniu tutaj. Ale tak strasznie zawiodłam się sama na sobie. Niby mam skończone już 21 lat a tak naprawdę zero we mnie dorosłości. Trzeba było przewidzieć, że nie będzie tak kolorowo i lepiej to wszystko przemyśleć. Przez ten smutek, który mnie opanował zaczęłam nie stosować diety. Jadłam wszystko, co popadnie. Nie chcę stawać na wagę. Boję się. Wiem, że od października znów zacznie się moja samotność całotygodniowa. Tym bardziej, że wyprowadzam się z mojego obecnego mieszkania w Krakowie, bo myślałam, że znajdziemy coś z D. I za parę dni nie będę miała ani gdzie, ani z kim mieszkać.
Kolorowo, prawda? Muszę wziąć się w garść i zacząć ćwiczyć. Kupiłam już jogurt, błonnik i otręby. Mam również zaoszczędzone pieniądze od dziadków, za które planuje kupić sobie karnet na siłownię. Patrzę do lustra i się brzydzę samej siebie. Ciężkie dni nastały....
sobota, 29 czerwca 2013
Powroty, powroty...
Urzekł mnie ten widok, więc postanowiłam go uwiecznić. Wszystko, co studentce jest potrzebne:
- papier toaletowy,
- szpilki,
- laptop,
- ciuchy,
- kosmetyki (których nie widać, ale są).
Niesamowicie się dzisiaj uśmiałam jak zobaczyłam wystającą rolkę papieru toaletowego wręczonego przez moją mamę pod moją nieobecność. Chyba wie, że u nas w mieszkaniu jest deficyt na tego typu rarytasy.
Jutro przeprowadzka D. do Krakowa. Trzymajcie kciuki! ;)
czwartek, 27 czerwca 2013
Walcząc z wiatrakami
Dzisiaj zrozumiałam, że z moją mamą najlepiej dogadujemy się, gdy ja jestem w Krakowie, a ona w domu. Takie bliższe kontakty przez dłuższy czas źle nam robią. Moja rodzicielka stara się zrobić wszystko, aby było jak najlepiej, ale ja odzwyczaiłam się od "wchodzenia mi na głowę". Jedzenie jest mi wpychane na siłę, co mnie niesamowicie męczy. Mama nie potrafi zrozumieć, że jestem na diecie i mam określony cel, który chcę osiągnąć. Całkowicie rozumiem, że chce dla mnie dobrze, ale ja nie potrafię tak dłużej funkcjonować.
Dzięki Bogu, że wracam do Krakowa już w niedzielę i będę z mamą tylko na "telefon".
To bardzo nieładnie z mojej strony, że tak piszę, ale dzisiaj sytuacja doprowadziła mnie do szału. Zrobiłam sobie kanapkę z sałatą, pomidorem i ciemnym pieczywem, a mama chciała mi wepchać jajecznicę chyba z 15 jaj! Nie chcę jej oszukiwać, że coś jem, a później gdzieś to chować... Gdybym miała jeść wszystko, o co ona mnie prosi wyglądałabym jak mały prosiaczek...
Ciągle wmawia mi, że wyląduje w szpitalu, że przestanę dobrze się uczyć, bo zniszczę sobie pamięć. Strasznie mnie to męczy. Nie potrafi już ze mną normalnie porozmawiać, bo o wszystko się czepia. Nie potrafi również zrozumieć, że mam już 21 lat i nie będę ze wszystkim się z nią zgadzać. Ona zaczyna wówczas płakać i ja także. Sytuacja patowa i jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest wyjazd "na swoje" do Krakowa. Myślałam, że jak przyjadę na te dwa tygodnie to będzie luźno, miło i przyjemnie. Jest zupełnie inaczej. Drętwo i atmosfera jest niesamowicie napięta! Czasem jak w roku akademickim przyjeżdżam na weekend do domu to jest naprawdę dobrze, a teraz jak już jestem w mojej rodzinnej miejscowości trochę dłużej, zaczynają się konflikty. Nie wiem, czy to ja jestem tak negatywnie nastawiona do całego świata, czy świat obrócił się przeciwko mnie.
Dobrze, że wczoraj dostałam radosną nowinę. Mianowicie, dowiedziałam się, że 1 października wystąpi w Krakowie Antoni Pawlicki. Będzie brał udział w spektaklu "Dobry wieczór kawalerski". Jest to okazja to zrealizowania jednego z moich celów - zrobienia sobie z nim zdjęcia! ;) Bardzo szanuję go za rolę w "Jutro idziemy do kina" oraz w serialu "Czas honoru". Uwielbiam tematykę filmów związanych z II Wojną Światową w Polsce. Moja prababcia wychowywała się w takich czasach - urodziła się w tzw. "Pokoleniu Kolumbów". Pochodzę również z Oświęcimia, a to zobowiązuje.
Już odkładam na bilet na spektakl! ;) Pozdrawiam gorąco! :*
Dzięki Bogu, że wracam do Krakowa już w niedzielę i będę z mamą tylko na "telefon".
To bardzo nieładnie z mojej strony, że tak piszę, ale dzisiaj sytuacja doprowadziła mnie do szału. Zrobiłam sobie kanapkę z sałatą, pomidorem i ciemnym pieczywem, a mama chciała mi wepchać jajecznicę chyba z 15 jaj! Nie chcę jej oszukiwać, że coś jem, a później gdzieś to chować... Gdybym miała jeść wszystko, o co ona mnie prosi wyglądałabym jak mały prosiaczek...
Ciągle wmawia mi, że wyląduje w szpitalu, że przestanę dobrze się uczyć, bo zniszczę sobie pamięć. Strasznie mnie to męczy. Nie potrafi już ze mną normalnie porozmawiać, bo o wszystko się czepia. Nie potrafi również zrozumieć, że mam już 21 lat i nie będę ze wszystkim się z nią zgadzać. Ona zaczyna wówczas płakać i ja także. Sytuacja patowa i jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest wyjazd "na swoje" do Krakowa. Myślałam, że jak przyjadę na te dwa tygodnie to będzie luźno, miło i przyjemnie. Jest zupełnie inaczej. Drętwo i atmosfera jest niesamowicie napięta! Czasem jak w roku akademickim przyjeżdżam na weekend do domu to jest naprawdę dobrze, a teraz jak już jestem w mojej rodzinnej miejscowości trochę dłużej, zaczynają się konflikty. Nie wiem, czy to ja jestem tak negatywnie nastawiona do całego świata, czy świat obrócił się przeciwko mnie.
Dobrze, że wczoraj dostałam radosną nowinę. Mianowicie, dowiedziałam się, że 1 października wystąpi w Krakowie Antoni Pawlicki. Będzie brał udział w spektaklu "Dobry wieczór kawalerski". Jest to okazja to zrealizowania jednego z moich celów - zrobienia sobie z nim zdjęcia! ;) Bardzo szanuję go za rolę w "Jutro idziemy do kina" oraz w serialu "Czas honoru". Uwielbiam tematykę filmów związanych z II Wojną Światową w Polsce. Moja prababcia wychowywała się w takich czasach - urodziła się w tzw. "Pokoleniu Kolumbów". Pochodzę również z Oświęcimia, a to zobowiązuje.
Już odkładam na bilet na spektakl! ;) Pozdrawiam gorąco! :*
niedziela, 23 czerwca 2013
Rozmowy poważniejsze i mniej poważne
Zaczęło się dzisiaj dość niewinnie. Kłóciliśmy się z D. kto, po której stronie łóżka będzie spał. ;) Później temat zmienił się na nieco poważniejszy. Właściwie skąd pewność, że w ogóle owe łóżko będziemy posiadać? Następnie zrobiło się naprawdę poważnie, ponieważ poruszyliśmy temat szukania naszego przyszłego mieszkania i zarazem środków na utrzymanie - siebie nawzajem.
Ani ja, ani on nie należymy do osób oszczędnych. Lubimy się zabawić i nie myśleć o konsekwencjach, oczywiście mam na myśli kwestię finansową. Na przykład, nasz wyjazd nad morze w maju tego roku. Zużyliśmy wszystkie swoje oszczędności, zapominając że trzeba przeżyć jeszcze przez cały miesiąc. Tacy już jesteśmy i szczerzę wątpię, że przez zamieszkanie razem, coś w naszych naturach się zmieni. Pewnie gdy nie starczy nam raz czy dwa do "pierwszego" to nauczymy się, że powinniśmy opanować swoje finansowe pożądanie. ;) Jednak wracając do tematu...
Zaczęliśmy poważnie się martwić o naszą przyszłość. Ja na razie pracy nie posiadam, D. również (chociaż w poniedziałek za tydzień ma dzień próbny), a za miesiąc tracę miejsce zamieszkania w Krakowie. Zmiany, zmiany przede mną. I nim. Gdy dosłownie sobie to uświadomiłam, zaczęłam w trybie natychmiastowym poszukiwać pracy. Na "gumtree" aż zawrzało! Wysłałam parę CV. Zobaczymy. Mam znajomego w Krakowie, który dorabia sobie jeżdżąc meleksami. To taki magiczny pojazd, który wozi turystów po całym mieście, poprzez ciekawsze miejsca, jak np. Kazimierz czy Rynek Główny. W Krakowie mieszkam już dwa lata, więc zdążyłam go całkiem całkiem poznać. Może uda mu się załatwić mi pracę jako kierowca takie właśnie meleksa. Mogłabym przy okazji ładnie się opalić ;). I nieźle zarobić!
Pożyjemy, zobaczymy. Sposób na upał: trzy kostki lodu, parę plasterków cytryny, kawałek zielonego ogórka pokrojony w kostkę, woda. Przepis mojej przyjaciółki, który w 100% sprawdza się w takie upalne dni. Ogórek uwalnia swoje "właściwości" i gdy wypijesz jedną szklankę, Twój organizm przyswaja jej podwojoną ilość.
Ani ja, ani on nie należymy do osób oszczędnych. Lubimy się zabawić i nie myśleć o konsekwencjach, oczywiście mam na myśli kwestię finansową. Na przykład, nasz wyjazd nad morze w maju tego roku. Zużyliśmy wszystkie swoje oszczędności, zapominając że trzeba przeżyć jeszcze przez cały miesiąc. Tacy już jesteśmy i szczerzę wątpię, że przez zamieszkanie razem, coś w naszych naturach się zmieni. Pewnie gdy nie starczy nam raz czy dwa do "pierwszego" to nauczymy się, że powinniśmy opanować swoje finansowe pożądanie. ;) Jednak wracając do tematu...
Zaczęliśmy poważnie się martwić o naszą przyszłość. Ja na razie pracy nie posiadam, D. również (chociaż w poniedziałek za tydzień ma dzień próbny), a za miesiąc tracę miejsce zamieszkania w Krakowie. Zmiany, zmiany przede mną. I nim. Gdy dosłownie sobie to uświadomiłam, zaczęłam w trybie natychmiastowym poszukiwać pracy. Na "gumtree" aż zawrzało! Wysłałam parę CV. Zobaczymy. Mam znajomego w Krakowie, który dorabia sobie jeżdżąc meleksami. To taki magiczny pojazd, który wozi turystów po całym mieście, poprzez ciekawsze miejsca, jak np. Kazimierz czy Rynek Główny. W Krakowie mieszkam już dwa lata, więc zdążyłam go całkiem całkiem poznać. Może uda mu się załatwić mi pracę jako kierowca takie właśnie meleksa. Mogłabym przy okazji ładnie się opalić ;). I nieźle zarobić!
Pożyjemy, zobaczymy. Sposób na upał: trzy kostki lodu, parę plasterków cytryny, kawałek zielonego ogórka pokrojony w kostkę, woda. Przepis mojej przyjaciółki, który w 100% sprawdza się w takie upalne dni. Ogórek uwalnia swoje "właściwości" i gdy wypijesz jedną szklankę, Twój organizm przyswaja jej podwojoną ilość.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
