Zrobię to w postaci punktów.
- Pierwszy i niepodważalny fakt: Nigdy nie mogłam nazwać siebie ateistką. Mocno wierzę, że Niebo i Bóg istnieją. "Wierzę, czy boję się nie wierzyć?" - to pytanie szybko nasuwa mi się do głowy. Zostałam wychowana przez rodziców i dziadków jako osoba, dla której niedzielna Msza Święta była niesamowicie ważna. Dlaczego? Bo tak wszyscy mówili. Zmieniło się to, gdy poszłam do Bierzmowania...
- ... Miał wówczas zstąpić na mnie Duch Święty i uczynić mnie dorosłą Chrześcijanką. Nie stało się tak. Przestałam chodzić do Kościoła. Nagle. Książeczka "Bierzmowania", w której skrzętnie musiałam zbierać podpisy za każdą Mszę [ różaniec, Gorzkie Żale etc.] przeważyła szalę. Zrozumiałam, że nawet ksiądz, który przygotowywał mnie do przyjęcia tego sakramentu nie rozumiał, co w tym jest naprawdę ważne...
- ... Zwątpiłam. Nie w Boga. W Kościół. Moja mama powtarza mi, że źle robię, że powinnam chodzić spotkać się z Bogiem, nie z księżmi. Odpowiadam: "Przecież Bóg jest wszędzie. Nie potrzebuję słuchać kazań o polityce, antykoncepcji i potępianiu homoseksualistów."
- Drugi fakt: W Kościele źle się dzieje. Każdy człowiek, który chodź trochę interesuje się sprawami bieżącymi, wie że coś się popsuło.
- Chcę dać Kościołowi kolejną szanse. Chcę znów zacząć chodzić w niedzielę na spotkania z Bogiem. Bo mi go niesamowicie brakuje.
Oto takie moje krótkie podsumowanie uczuć wewnętrznych. Zacznę od niedzieli. Zobaczymy czy Kościół zmienił się od mojej poprzedniej wizyty. Pozdrawiam Czytelników ;)